Drodzy Czytelnicy!

Rozdziały "Szczypty magii" publikujemy na blogu dla Was i chcemy poznać
Wasze opinie. Dlatego kolejny rozdział pojawi się 24-25.11, jeśli poprzedni skomentują
co najmniej cztery osoby.
Dla osób, które czytają i komentują możemy przygotować również pdf z kilkoma
najbliższymi rozdziałami. Dajcie tylko znać, że chcecie, dla nas to nie problem,
jesteśmy kilkanaście rozdziałów do przodu.
Przypominamy, że Wasze opinie są dla nas ważne, dzięki nim wiemy, że czytacie,
często również motywują nas do dalszego pisania. Pozdrawiamy serdecznie.

Słowik

Zapraszamy także na Słowika [klik], gdzie powstał oddzielny folder
"Szczypta magii", tam znajdziecie galerię postaci oraz słowniczek pojęć
(nie musicie mieć konta na chomiku, żeby przeglądać). Chomik jest tylko
dla czytelników. Jeśli ktoś jeszcze nie ma hasła (lub zapomniał), a chciałby
mieć, piszcie, podamy:) Zapraszamy też do komentowania postaci (tutaj lub
na chomiku), po pojawieniu się nowej postaci w rozdziale, pojawia się
również na Słowiku w folderze Galeria postaci:)

09.11.2018

Rozdział XIX. Pokaż mi magię

    Kwiaty. Pełno kwiatów. Fiołki, bratki, chryzantemy, goździki, konwalie, hiacynty, lilie, frezje, mieczyki, piwonie, tulipany, storczyki... i róże. Czerwone, różowe, herbaciane oraz śnieżnobiałe.
    Ciara obróciła się dookoła, chłonąc otaczające ją piękno i multum zapachów. Kwiaty nieodłącznie kojarzyły jej się z domem. Sięgnęła po konewkę i spryskiwacz do roślin. Każdy kwiat zachowywał się inaczej; bratki chyliły swe płatki ku innym kwiatom w oznace przyjaźni, tulipany wolały się trzymać tylko w swojej grupce, piwonie zerkały nieśmiało zza wysokich, bladoróżowych róż, lilie wdzięczyły się do rozbawionych hiacyntów, demonstrując swoje piękno, fiołki powoli rozkładały swoje płatki ku rozmarzonym, różowym frezjom, mieczyki pięły się w górę w wyraźnie bojowym nastroju, a chryzantemy wydawały się być ponad to wszystko, zerkając tylko z pobłażliwością na inne rośliny. Ciara uwielbiała obserwować kwiaty; dzięki temu, kim była, potrafiła dostrzec to, czego nie mógłby zobaczyć żaden człowiek nie posiadający magii ziemi.
    Dotknęła białych płatków usychającego narcyza i wyszeptała zaklęcie. Uśmiechnęła się, gdy kwiat podniósł powoli swe zdrowe już płatki, pochylając je ku czarownicy w wyrazie wdzięczności.
    W kwiaciarni tego dnia nie było zbyt wielu klientów. Wolała większy ruch, wtedy czas mijał jej błyskawicznie, przybliżając z każdą chwilą moment powrotu do Irlandii. Mimo otuchy, jaką dawały jej rośliny, tęskniła za domem niesamowicie.
    Pracowała tu już czwarty dzień. Poprzedni minął jej bardzo szybko. Po popołudniu, po pracy, Ian zabrał ją do kina. Musiała przyznać, że nigdy nie widziała czegoś podobnego. Wrażenia były niesamowite. Wielki ekran i na nim ludzie. A najdziwniejsze, że to nie była magia, lecz technologia, której w Ciunas nie mieli i w zasadzie nie potrzebowali.
   Ciara wyszła z kina, nie mogąc przestać się śmiać z obejrzanej komedii. Ian zapytał ją wtedy, czy nie będzie jej tego brakować?
    - Kina?
    - I telewizji. Samochodów. Cywilizacji. Wrócisz tak po prostu i zapomnisz o wszystkim?
    Pokręciła głową.
    - Nie zapomnę, ale nie sądzę, bym miała tęsknić za Los Angeles. Mój dom jest w Ciunas. - Zerknęła na niego ponownie. - Szkoda, że nie mogę zabrać cię ze sobą. Zobaczyłbyś naszą wioskę, poznał mnóstwo czarownic...
    - O nie, jedna mi wystarczy – roześmiał się mężczyzna. - I będzie mi jej brakować, kiedy odejdzie. - Otworzył jej drzwi do auta. Ciara westchnęła i wsiadła.
    - Mnie też będzie ciebie brakować – przyznała, kiedy ruszyli.
    - To może zostań – zaproponował Ian, spoglądając na nią.
    - Tutaj? Nie, to niemożliwe. – Pokręciła głową. - W Ciunas mam rodzinę, przyjaciół, ukochanego... Muszę wrócić.
    - A chcesz?
    - Oczywiście, że chcę. - Chciała wrócić i to bardzo. Tylko czemu robiło jej się smutno na myśl, że już nigdy nie zobaczy Iana? Znali się krótko, zaledwie cztery dni, ale mu zaufała. Został jej przyjacielem. Nie chciała go tak po prostu porzucić, ale jakie miała wyjście? Była pewna, że kiedy wróci do Ciunas, nie będzie mogła odwiedzić przyjaciela. Może pozwolą jej chociaż pisać listy? Nie była pewna, czy uzyska przyzwolenie na jakikolwiek kontakt ze światem poza miasteczkiem, dlatego o nich nie wspominała. Na pewno poprosi Dervil o taką możliwość, postanowiła.
    Ale póki co, musiała tam najpierw wrócić.
    Z rozmyślań wyrwał ją znajomy głos. Odwróciła się i jęknęła, widząc, kto stoi przed nią. David Hamilton, uśmiechnięty i pewny siebie. Może jednak powinna zadzwonić na tę policję...?

    Najpierw do jego uszu dotarły pojedyncze głosy, choć jeszcze nie rozróżniał słów. Przy pierwszej próbie ruchu poczuł przeszywający ból w prawym boku. Zacisnął zęby i powoli uchylił powieki.
    Zamrugał, przyglądając się, kto stoi koło jego łóżka. To nie była Ciara. Niestety, jej obecność okazała się tylko snem. Ale nie było tam również Melissy. To była… dwunastoletnia dziewczynka…? Spojrzała na niego i uśmiechnęła się szeroko.
    - Cześć, jestem Sarah. Fajnie, że już się obudziłeś. Za chwilę wróci Melissa. Wczoraj cały dzień przy tobie siedziała, a teraz poszła wziąć prysznic.
    - Miło mi cię poznać, jestem Shane – powiedział cicho Irlandczyk, przyglądając się dziewczynce. - Cały dzień? To jak długo spałem?
    - Jeden dzień i dwie noce. A dzisiaj to już byłby drugi dzień, ale się obudziłeś. Pewnie jesteś głodny?
    - Głodny? Nie, tylko pić mi się chce... Dwie noce? Ale...
    - Pić? Już ci przynoszę – zgodziła się dziewczynka. - Podobno uratowałeś Mel, mówiła, że jesteś bohaterem! - Duże, szarozielone oczy dziewczynki patrzyły na niego z podziwem. Shane uśmiechnął się szeroko.
    - Tam, skąd pochodzę, mieszkają sami bohaterowie – powiedział. Dziewczynka spojrzała na niego jeszcze większymi oczami.
    - Ojej, to musisz mi opowiedzieć, koniecznie!
    - Daj spokój naszemu gościowi, Sarah – usłyszał głos kobiety, jak sobie przypomniał, lekarki, która mu pomogła. - Potrzebuje teraz wypoczynku.
    - To ja przyniosę mu coś do picia! - zawołała dziewczynka i  wybiegła z pokoju. Shane spojrzał na kobietę, która przysiadła na brzegu jego łóżka. Przypomniała mu się jego matka. Pewnie bardzo się o niego martwi. Nie wie, co się z nim dzieje. Pamiętał chwilę, gdy powiedział jej, że wyjeżdża mimo zakazu Dervil. Choć miała czerwone oczy, nie płakała przy nim, za co był jej wdzięczny. Nie byłby w stanie znieść jej łez. Mogła go tym samym zmusić, żeby został. A jednak tego nie zrobiła. Wiedziała, jak mocno kocha Ciarę i jak bardzo będzie nieszczęśliwy, gdy zostanie w Ciunas. Dlatego zgodziła się na rozstanie, z nadzieją – zapewne podobnie jak Shane – że mimo wszystko Dervil pozwoli mu wrócić. Mimo braku pewności i tego, że był jej jedynym synem, potrafiła się pogodzić z jego odejściem. Była silna, dobra i gotowa do poświęceń.
    Ta kobieta w jakiś sposób mu ją przypominała. Nie wyglądem, lecz spojrzeniem, uśmiechem, tym, jak się do niego zwracała.
    - Dziękuję pani. Uratowała mi pani życie.
    - Mów mi Margaret. – Uśmiechnęła się ciepło. - Miałeś dużo szczęścia. Kula nie narobiła poważnych uszkodzeń, przeszła na wylot. W porę zatamowaliśmy krwawienie. Ale poleżysz jeszcze kilka dni.
    - Kilka dni? - Shane błyskawicznie usiadł. - Nie mogę zostać kilka dni, muszę...
    - Zwariowałeś?! Połóż się natychmiast! - rozkazała stanowczo. Irlandczyk posłusznie opadł na poduszki, powstrzymując jęk bólu.
    - Muszę odnaleźć dwie bezbronne kobiety – wyjaśnił. Margaret pokręciła głową.
    - W tym stanie nikomu nie pomożesz. Nie wstawaj, przyniosę ci coś do zjedzenia.
    Wychodząc, minęła się z Melissą niosącą wodę w szklance. Dziewczyna miała na sobie zieloną sukienkę z krótkim rękawem, w której wygląda trochę... inaczej. Tylko włosy sterczały jej tak samo jak zawsze.
    - Obudziłeś się! Co za ulga, tak się bałam... - Usiadła przy jego łóżku i podała mu szklankę z wodą. Shane ponownie usiadł, starając się nie pokazywać po sobie bólu. Podwinął koszulę i zerknął na opatrunek.
    - Przecież mówiłem ci, że przeżyję. - Spojrzał na koszulę. - Czyje to ubranie?
    - Nicka. Trochę za duże, ale na razie i tak leżysz, później skombinuję ci coś w twoim rozmiarze. - Podała mu wodę, wypił ją w kilku łykach. - Zdaje się, że poznałeś już Sarah?
    - Tak, bardzo sympatyczna dziewczynka.
    - I dociekliwa. - Melissa roześmiała się cicho. - Ale to jeszcze nic. Poczekaj, aż bliźniaki wrócą ze szkoły. To dopiero rozrabiaki!
    - Melisso, ja muszę wracać do miasta. Ciara i Siobhan…
    - Jeszcze nie – przerwała mu dziewczyna. - Gangsterzy tylko czekają, żeby nas dorwać. Jak tylko poczujesz się lepiej, wyruszymy i odnajdziemy twoją ukochaną i przyjaciółkę. Obiecuję.

    - W czym mogę pomóc? - spytała obojętnie czarownica, jakby widziała go po raz pierwszy. Tylko nie wpadaj w panikę.
    - Dzień dobry, Ciaro. Chciałem z tobą porozmawiać. Mogę?
    Wzruszyła ramionami i wróciła do podlewania.
    - Pracuję – mruknęła.
    - Kupię ci bukiet róż, jeśli poświęcisz mi kwadrans.
    Uniosła brwi.
    - Jakież to szczodre z twojej strony. Niestety, nie jestem zainteresowana twoimi propozycjami – odparła, zerkając ukradkiem na Sandrę, która z zaciekawieniem przysłuchiwała się ich dialogowi.
    - Tylko krótka rozmowa, proszę, Ciaro... bardzo mi zależy... - Złożył ręce i patrzył na nią błagalnym wzrokiem. Czego on ode mnie chce?, zastanawiała się dziewczyna. Przyznania się, że jest czarownicą? Ale co mu to da? Gdyby miał ją zabić, zrobiłby to od razu, zamiast dać się zdemaskować swojej ofierze.
    - A nie możesz po prostu dać mi spokoju? - spytała, spoglądając na niego. - Bierzesz mnie za kogoś, kim nie jestem.
    - Wiem, kim jesteś, jesteś... niesamowita – powiedział, ukradkiem zerkając na drugą kwiaciarkę. – Chwila rozmowy na osobności. Tylko o to proszę.
    Ciara westchnęła i popatrzyła na niego bezradnie. Mężczyzna coraz bardziej działał jej na nerwy. Nie dość, że wiedział, kim jest, choć przecież nie mógł widzieć jej czarów, to jeszcze próbował ją sprowokować, by się przyznała. Czarownica zastanawiała się, czy nie postraszyć go zamianą w ropuchę. Może uwierzy i sobie pójdzie?
    Zanim zdążyła odpowiedzieć, wtrąciła się Sandra, która najwyraźniej zupełnie opacznie zrozumiała sytuację.
    - Idź, dziecinko, zobacz, nie ma klientów. Zrób sobie przerwę i idź porozmawiać z tym młodym mężczyzną, skoro tak bardzo mu zależy.
    Ciara spojrzała na nią z oburzeniem, niemal jak Cezar na Brutusa.
    - Sandro…
    - Tak, właśnie, zapraszam na kawę. Daj mi kwadrans, dobrze? - David popatrzył z nadzieją.
    - Dobrze, niech będzie – burknęła Ciara, odłożyła konewkę, odwiązała fartuszek i ruszyła w stronę wyjścia. Hamilton pospiesznie otworzył jej drzwi, po czym wyszedł za nią i podał ramię. Udała, że tego nie zauważyła i ruszyła w stronę najbliższej kawiarni.
    - Tylko jeden pokaz. Proszę. Chcę zobaczyć magię. Całe życie na to czekałem!
    Ciara westchnęła, zajęła miejsce i zamówiła kawę z mlekiem. Musiała przyznać, że obsługa szybko przyniosła zamówienie, a i kawa była całkiem niezła. Przypominały jej się randki z Shane'em. W Ciunas była duża kawiarnia, gdzie umawiały się wszystkie pary. Przechodząc obok, można było poczuć zapach parzonej kawy, świeżego mleka i wszelkich aromatów, wytwarzanych przez czarownice i dodawanych do napoi. Ciara przypomniała sobie, jak uczyły się razem z Siobhan wytwarzania najprzeróżniejszych eliksirów. Niekiedy rudowłosa czarownica podgrzewała je swoją mocą, co różnie się kończyło. Nie zawsze tak, jak tego oczekiwały. Westchnęła na myśl o przyjaciółce. Tęsknię za tobą, Siobhan.
    - To jak będzie?
    Spojrzała na niego znudzonym wzrokiem.
    - Jesteś taki namolny, że jakbym była czarownicą, to już dawno bym pokazała ci magię, bylebyś się tylko odczepił. Niestety, nie potrafię zamienić cię w żabę. – Właściwie to nie kłamała, nigdy nie uczyła się takich zaklęć. Co do reszty, widziała wyraźnie, że mężczyzna jej nie uwierzył.
    - Możesz mi zaufać. - Pochylił się w jej stronę i wyszeptał: - Wiem o łowcach.
    Drgnęła i momentalnie się odsunęła.
    - Słucham? – spytała niepewnie.
    - Wiem, że polują na was łowcy – kontynuował David – ale ja cię przed nimi ochronię. Jestem przewodniczącym słynnego Towarzystwa Zjawisk Paranormalnych i nie pozwolimy cię skrzywdzić. – Wypiął dumnie pierś.
    Świetnie. Nie dość, że uparty, to jeszcze chciał zostać jej ochroniarzem. Zlustrowała go wzrokiem. Aha, na pewno mnie obroni. Jakoś nie wygląda na wojownika. Już widzę jego walkę z łowcami... Pewnie by za nimi łaził i prosił, żeby odpuścili.
    - Nie trzeba mnie chronić, bo nic mi nie grozi. Naczytałeś się za dużo książek, Davidzie. - Spojrzała na niego tak niewinnie, jak tylko potrafiła. - Przykro mi, że muszę cię rozczarować. Nie wiem, czy się orientujesz, skoro tak dobrze mnie znasz, ale pracuję, żeby zarobić na bilet do Irlandii. Gdybym była czarownicą, nie byłoby mnie tutaj, po prostu bym zniknęła, prawda? - Miała nadzieję, że mężczyzna nie wie o Srebrnym Pyle i umiejętnościach czarownic.
    - Chcesz wyjechać?! - Hamilton wydawał się przerażony taką perspektywą. - Kiedy?!
    - Jak tylko uda mi się zarobić odpowiednią ilość pieniędzy – wyjaśniła uprzejmie, po czym wstała. - Kwadrans minął, muszę wracać do pracy. Dziękuję za kawę.
    - Czekaj, czekaj. - David zerwał się, pospiesznie zapłacił kelnerowi i wyszedł za nią, po czym chwycił ją za ramię, zanim zdążyła wejść na przejście dla pieszych. – Nie poddam się. Jeśli mi nie pokażesz magii, to... to zrobię coś głupiego! Daję słowo!
    Wyrwała rękę i cofnęła się.
    - Coś głupiego? - Zmarszczyła brwi. - To groźba?
    - Co? Nie, skąd. Mówiłem, że cię nie skrzywdzę. Albo pokażesz mi magię, albo... rzucę się pod samochód, ot co. I będziesz musiała coś zrobić.
    Ciara zamrugała.
    - Jak to: pod samochód?
    - Jak mnie potrąci, to zginę albo zostanę ciężko ranny. Tego chcesz?
    - Ty jesteś... nienormalny – stwierdziła czarownica, cofając się. - Próbujesz mnie szantażować własnym życiem?
    - Nie wierzysz, że to zrobię? - Uniósł brwi.
    - Przecież ci tłumaczę, że nie jestem żadną czarownicą, a ty chcesz wskakiwać pod samochód. Masz nie po kolei w głowie – stwierdziła Ciara. Zerknęła na światła, zapaliło się czerwone. – Nie rozmawiam z szaleńcami. – Skrzyżowała ramiona. Jak go przekonać, żeby dał mi spokój?
    - Oboje dobrze wiemy, że nie jestem szaleńcem. I nie mogę pozwolić ci odejść. Prędzej zginę. - Hamilton odwrócił się i wszedł na przejście. Ciara krzyknęła za nim, że przecież pali się czerwone światło, ale on tylko zatrzymał się na środku jezdni i spojrzał na nią wyzywająco.
    W tym momencie rozległo się trąbienie dużego samochodu ciężarowego, który jechał prosto na niego, hamując gwałtownie.
    David ani drgnął, wciąż patrząc na czarownicę, która nagle zrozumiała, że nie żartował.
    I za chwilę najprawdopodobniej zginie pod kołami owej ciężarówki, która z pewnością nie zdąży wyhamować w porę.

    - Opowiesz nam bajkę? - poprosił jeden z bliźniaków, patrząc na Shane'a błagalnym wzrokiem. Irlandczyk uśmiechnął się lekko.
    Nadal nie pozwalano mu wstawać. Odkąd się obudził i pomimo zakazu wymknął się na chwilę na zewnątrz, pilnowano go, a wychodzić pozwalano jedynie do toalety. Shane pocieszał się tym, że wyruszą już jutro. Przynajmniej tak mu obiecała Melissa, żadne z nich wolało nie wspominać o swoich planach Margaret.
    Rana szybko się goiła. Mężczyzna czuł jedynie lekki, pulsujący ból, czasem nawet o nim zapominał, dopiero kiedy wstał, czuł go mocniej, ale był zdania, że wytrzyma i był gotowy już dzisiaj wsiąść na motocykl. Oczywiście doktor Margaret kazała mu wybić to sobie z głowy.
    Irlandczyk rozejrzał się po pokoju. Przy ścianie naprzeciwko łóżka stały duże antyczne regały pełne książek, obok stolik, a na nim kilka kolorowych kubków i talerzy. Po drugiej stronie stolika Shane zauważył duże pudło z wystającymi z niego zabawkami, co wskazywało wyraźnie na obecność dzieci w tym domu.
    Zerknął w okno, do połowy zasłonięte zielonymi zasłonami, przez które wpadały promienie słońca, oświetlając pokój. Przy oknie stało łóżko, na którym półleżał, a półsiedział – duże i wygodne. Całości dopełniały jasnozielone ściany i jasnobrązowy puszysty dywan. Przytulnie, spokojnie i radośnie. Jak w domu, do którego pewnie już nigdy nie wróci.
    Otrząsnął się z ponurych myśli i spojrzał na bliźniaki, czekające na jego opowieść. Byli do siebie tacy podobni, że Shane nie widziałby szans na ich odróżnienie, gdyby nie to, że Matthew ubrany był w zieloną koszulkę, a Brian w granatową.
    - Hm, bajkę? - zamyślił się mężczyzna. Obaj chłopcy siedzieli w nogach jego łóżka, a Sarah w fotelu obok. - A o czym ma być ta bajka?
    - O Irlandii! - zawołał Brian.
    - I o księżniczce – dodała dziewczynka.
    - Nie, lepiej o rycerzu – zaprotestował Matthew.
    - Dobrze, już wiem. - Shane uśmiechnął się szeroko. - Dawno temu, w odległej Irlandii, było sobie pewne królestwo. Władała nim piękna, mądra i sprawiedliwa królowa. Miała kilkanaście ładnych córek, lecz jedna z nich była szczególnie piękna. Miała duże szare oczy i długie, jasne włosy. Wielu mężnych rycerzy zabiegało o jej względy. W końcu oddała swe serce jednemu z nich, najlepszemu wojownikowi w całym królestwie. Zakochali się w sobie i planowali ślub. Jednak pewnego dnia zła wiedźma, zazdrosna o urodę i dobre serce królewny, zawarła pakt z wrednymi i złymi sidhe, które porwały księżniczkę i uwięziły w swojej krainie. Rycerz chciał ruszyć jej na pomoc, ale królowa zabroniła, w obawie o jego życie i bezpieczeństwo całego królestwa. Jednak rycerz tak bardzo kochał księżniczkę, że złamał zakaz królowej i wyruszył ratować ukochaną. Wiedział, że nigdy nie wróci, gdyż karą za nieposłuszeństwo było wygnanie.
    - To królowa wolała stracić córkę, niż pozwolić, żeby rycerz ją odnalazł? - zdziwiła się Sarah. - W takim razie wcale nie była taka dobra...
    - Miała powody – odparł Shane. - Wiedźma, która wysłała jej córkę do krainy sidhe, wciąż ukrywała się w miasteczku, więc królowa wolała najpierw ją znaleźć i ukarać. Potem sprowadziłaby księżniczkę z powrotem. Ale rycerz nie chciał czekać...
    - Znalazł ją? - zapytał Matthew.
    - Oczywiście. Najpierw musiał pokonać mroczne sidhe, które uwięziły królewnę. Były to złe i brzydkie istoty, wielkie jak dąb, czarne jak smoła, z długimi nosami, a zamiast włosów miały ciernie! Lecz dzielny rycerz poobcinał wszystkim głowy i uratował swoją ukochaną. Wyruszyli z powrotem do Irlandii.
    - Ale rycerzowi nie wolno było wrócić do Irlandii – zauważyła rezolutnie Sarah. - Królowa mu zabroniła.
    - Owszem, ale kiedy rycerz wrócił z królewną, jej matka tak się ucieszyła, że wybaczyła rycerzowi nieposłuszeństwo i go nie ukarała.
    - To jednak była dobra! - ucieszyła się dziewczynka.
    - Oczywiście, że tak. - Shane uśmiechnął się szeroko.
    - Piękna bajka – powiedziała Melissa, która stała od jakiegoś czasu w drzwiach. – Umiesz opowiadać. Szkoda, że w życiu to nie jest takie proste.
    - Nie jest proste, ale wszystko jest możliwe – odparł Irlandczyk, zerkając na dziewczynę. – A co do opowiadań… Szkoda, że nie słyszałaś Siobhan. Ona to dopiero ma talent do snucia opowieści.
    - Opowiesz nam coś jeszcze? - poprosił Brian, przysuwając się bliżej Shane'a. Mężczyzna wyciągnął rękę i poczochrał go po krótkich ciemnych włosach. Przypomniał mu się Seamus.
    - Hm… może o dzielnym irlandzkim chłopcu, który w wieku dwunastu lat okiełznał kelpie?
    - A co to są kelpie? - spytała Sarah, przysuwając się bliżej z fotelem. Nawet Melissa zerknęła z zaciekawieniem, siadając na brzegu łóżka.
    - Według celtyckich legend, kelpie to dzikie konie, stojące przy strumieniu lub rzece. Jeśli ktokolwiek odważyłby się dosiąść kelpie, koń pobiegnie w głębiny wodne, porywając ze sobą i zatapiając jeźdźca.
    - To nie można było na nich jeździć? - zapytał Matthew, wciskając się z drugiej strony Shane'a. Irlandczyk zrobił mu miejsce, po czym kontynuował swoje opowieści o ujarzmieniu kelpii przez małego chłopca, o barghestach - psach siejących śmierć, o banshee, które piorą ubrania umierającym, selkie – pół kobietach, pół fokach, a także o sidhe, które tańczą na swojej polanie w świetle księżyca. Po chwili dołączyła do nich Margaret, która przyniosła Shane'owi kolację, później dosiadł się również jej mąż. Wszyscy słuchali, dopytując, a mężczyzna z entuzjazmem opowiadał legendy, które znało każde dziecko w Ciunas, a o których nie mieli pojęcia tutaj, w odległym kraju, jakim była Ameryka.

    Ciara nie miała czasu do namysłu, do rozważania za i przeciw. Wyciągnęła rękę, w myślach układając dobrze znane sobie zaklęcie, po czym posłała moc w stronę pojazdu i zatrzymała ciężarówkę zaledwie centymetr od Davida. Słychać było jedynie głośny pisk opon i gasnący silnik.
    Spojrzała na Hamiltona. Wyglądał na przestraszonego, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co mogło się stać. A potem spojrzał na nią i w jego oczach znów pojawił się ten fanatyczny podziw. Opanowała zbierającą się w niej złość, pamiętając, że wokół stoją ludzie. O tak, stali i patrzyli ze zdumieniem na mężczyznę, który najwyraźniej chciał popełnić samobójstwo. Bo jak inaczej wytłumaczyć zatrzymanie się na czerwonym świetle tuż przed pędzącym pojazdem?
    - Całkiem ci już banshee rozum wyprały?! - zawołała i gdy skierował się w jej stronę, odwróciła się i ruszyła biegiem. Za sobą słyszała jego kroki i krzyki wściekłego kierowcy, który wołał coś o wariacie i samobójcach.
    Wpadła w ślepą uliczkę i odwróciła się. David zatrzymał się przed nią, wyraźnie podekscytowany.
    - Warto było zaryzykować – oświadczył radosnym głosem, jakby zupełnie nie dostrzegał jej wściekłości. I to był jego błąd. Ciara z reguły potrafiła nad sobą panować, ale kiedy ktoś naprawdę wyprowadził ją z równowagi, potrafiła się również porządnie wściec. A teraz był właśnie taki moment. Zamachnęła się i wymierzyła mu siarczysty policzek.
    - Ty głupcze! To, co zrobiłeś, było... gorzej niż głupie, jesteś chory! Powinnam była pozwolić, żeby ten samochód cię przejechał!
    Mężczyzna zamrugał i dotknął policzka. Pokręcił głową.
    - Przepraszam, nie widziałem innego wyjścia. I wierzyłem w twoje dobre serce...
    - A gdybym nie potrafiła tego zrobić? Albo nie zdążyła? O tym już nie pomyślałeś, co, ty durniu?!
    - Ale zdążyłaś. I teraz już nie zaprzeczysz. Jesteś czarownicą. Piękną, pełną magii i o dobrym sercu. - Założył ręce na piersi i popatrzył na nią z triumfem.
    - I co zamierzasz zrobić z tą wiedzą? – Zacisnęła dłonie. Po takim szaleńcu mogła spodziewać się wszystkiego. – Mówiłeś, że nie jesteś łowcą.
    - Oczywiście, że nie. Teraz chcę cię lepiej poznać. Ciebie i twoją magię. Uratowałaś mi życie, zatem jestem zobowiązany do tego samego. Będę cię chronił.
   Ciara westchnęła głośno, z rezygnacją i ukryła twarz w dłoniach.
    - Nie mam już siły, naprawdę. Mam dość. - Odwróciła się i ruszyła w stronę kwiaciarni. Jęknęła, słysząc, że wszedł tam za nią.
    - Bukiet czerwonych róż poproszę – zwrócił się do Sandry, która natychmiast zabrała się za kwiaty. Ciara tymczasem opadła na krzesło za ladą i patrzyła na niego z niechęcią.
    A więc już wie. I dla tej wiedzy zaryzykował życie. Może naprawdę tak bardzo chciał doświadczyć magii? Przecież żaden łowca nie ryzykowałby w tak głupi sposób. Jeśli byłby aż tak pewny, po prostu by ją zabił. A jednak Ciara miała przeczucie, że fanatyk magii może być jeszcze gorszy od łowcy. Po tamtym wiadomo było, czego się spodziewać. Ale czego chce Hamilton? Zobaczyć magię? Zdemaskować ją? Uwięzić? Wozić w klatce i pokazywać ludziom? Jak można pokazać światu magię? Świat zawsze był jej pełen. Tylko ludzie nie potrafili jej dostrzec.
    Czarownica nie wyobrażała sobie życia bez czarów. Z drugiej strony, oni mieli swoją własną magię. Samochody, samoloty, kuchenki mikrofalowe, telewizor czy nawet kino... W Ciunas takie urządzenia nie były potrzebne. Zatem, czy ci ludzie naprawdę potrzebują magii, skoro tak świetnie radzą sobie bez niej?
    Westchnęła i pokręciła głową. Zerknęła na zegarek. Za pięć minut kończyła pracę. Dzięki ci, łaskawa Brighid.
    - Proszę bardzo. - Sandra podała Davidowi pięknie ozdobiony bukiet, mężczyzna zapłacił, po czym wręczył go Ciarze.
    - Przepraszam. Wiem, to było niewłaściwe i głupie. Dziękuję. Masz rację, nie musiałaś tego robić. Nie gniewaj się.
    Odruchowo wzięła kwiaty i pokręciła głową.
    - Ale ja...
    - Do jutra. - Zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć, Hamilton opuścił kwiaciarnię.
    - Zakochany i to po uszy – stwierdziła Sandra, zamiatając kwiaciarnię. - O, a oto i drugi adorator. - Zerknęła przez okno. - Idź, dziecinko, ja to wszystko zliczę i zamknę.
    - Na pewno? Może ci pomogę...
    - A skąd, leć już, Ian nie lubi czekać.
    - Dziękuję – mruknęła Ciara, włożyła kwiaty do wazonu i ruszyła do drzwi.
    - Nie weźmiesz bukietu? W sumie to i racja, po co wywoływać niepotrzebną zazdrość. - Mrugnęła do zaskoczonej dziewczyny. - Do jutra!

    Hamilton siedział w aucie i obserwował swoją czarownicę, wsiadającą do samochodu Iana. O tak, już ją uznał za swoją. Będzie miał prawdziwą wiedźmę, na której zbije majątek. Jego Towarzystwo Zjawisk Paranormalnych stanie się sławne na cały świat. Będą ją chronić, traktować jak księżniczkę, będzie ich oczkiem w głowie. Nie będzie miała powodów do narzekania. A w zamian za to, od czasu do czasu wyjdzie na scenę i pokaże swoją moc. I David w końcu udowodni, że magia istnieje. Prawdziwa magia.

    Już od samego rana Shane kręcił się niespokojnie po domu. Mieli wyruszyć tuż przed zmrokiem. Margaret co prawda ostro protestowała, gdy jej o tym powiedzieli, ale Irlandczyk uparcie twierdził, że czuje się już doskonale. Uznał, że to zasługa jego magicznych genów. Oczywiście nie podzielił się tym przypuszczeniem z lekarką.
    - Zobaczysz, rana ci się otworzy i będziesz musiał jechać do szpitala – marudziła kobieta, stawiając talerz z kanapkami na stole. Tym razem Shane jadł śniadanie razem ze wszystkimi w jadalni. Na samym środku stał duży stół nakryty jasnym obrusem. Nick, jako głowa rodziny, zasiadł pierwszy, po prawej jego stronie Margaret, za nią Sarah, po lewej obaj synowie. Shane zajął miejsce obok chłopców, a Melissa naprzeciwko, koło dziewczynki. Tego dnia Mel ubrana była w błękitną koszulkę i granatową spódniczkę.
    - Nic mi nie będzie, naprawdę. – Shane posłał Margaret ciepły uśmiech.
    - Ciociu, jego nie przekonasz, on ma syndrom bohatera – odezwała się Melissa. - Bohaterowie nie odnoszą ran, a nawet jak odnoszą, to udają, że ich nie boli. Uczą się celnie strzelać już po kilku próbach, zasłaniają damy w opałach, zapominając, że nie założyli kamizelki kuloodpornej, potrafią rozkwasić nos trzy razy większemu i grubszemu od siebie, i nie wahają się podskoczyć szefowi gangu w obronie płci pięknej!
    Shane parsknął śmiechem.
    - Ładnie mnie podsumowałaś.
    - Szefowi gangu? - podłapał Nick, zerkając z niepokojem na Mel.
    - Przenośnia – odparła pospiesznie dziewczyna i sięgnęła po kanapkę z masłem orzechowym, po czym ugryzła kęs. - Pycha. Spróbuj, bohaterze.
    - To ja je robiłam, mama tylko kroiła chleb – wtrąciła Sarah.
    Irlandczyk skinął głową i pochwalił posiłek, uśmiechając się do dziewczynki. Jedząc kanapki i popijając gorącym kakao, przypomniał sobie śniadania we własnym domu. Spojrzał na rodzinę siedzącą przy stole. Żyli na przedmieściach, mieli własne gospodarstwo, co prawda niewielkie, ponieważ nie była to typowa prowincja, ale mieli po kilka kur, kaczek, indyków, świń, dwie krowy i konia. Kilka zagród, duża obora i niewielka stajnia. Shane po raz pierwszy widział takie gospodarstwo, więc z samego rana poszedł się przyjrzeć, jak Nick razem z synami karmią zwierzęta. Bliźniaki opowiadały o hodowli, przekrzykując się wzajemnie, a ojciec śmiał się tylko i kręcił głową.
    Shane od razu polubił tego poważnego, życzliwego mężczyznę. Małomówny, z pozoru nawet mruk, lecz zapytany o gospodarstwo, potrafił się rozgadać.
    Irlandczyk stwierdził, że w końcu dostrzegł coś naprawdę dobrego w świecie poza Ciunas. Ta rodzina najwyraźniej była bardzo szczęśliwa. Szkoda, że on nie będzie miał takiej rodziny. Jeśli nie będzie z Ciarą, to nigdy nie pokocha żadnej innej. Czy naprawdę nie wróci już do domu? Nie miał wątpliwości, że podjął słuszną decyzję, ale jeśli Dervil nie zniesie kary, która go czeka za wyjście na zewnątrz, co wtedy?
    Odsunął od siebie ponure myśli. O to będzie się martwić, kiedy już odnajdzie Ciarę i Siobhan oraz doprowadzi je bezpiecznie do domu.

    Wysoki, krępy mężczyzna o ponurym wyrazie twarzy stał oparty o drzewo i palił papierosa, niecierpliwie przytupując nogą. Wyraźnie na coś czekał. W końcu wyrzucił niedopałek, zgasił czubkiem buta, położył dłoń na kaburze pistoletu i ruszył przed siebie. Zatrzymał się raptownie, słysząc dźwięk telefonu. Odebrał natychmiast.
    - Tak?
    - Mamy ich. Znaleźliśmy motocykl, ukryli się na przedmieściach.
    - Świetnie. Czekajcie tam na mnie. - Rozłączył się, schował komórkę i podszedł do swojego motocykla. Co prawda nie był tak szybki i zwinny jak tamten, który ukradła mu Melissa, ale już wkrótce odzyska swoje cacko. O ile jest jeszcze całe. Nie wierzył w umiejętności kobiet prowadzących pojazdy.
    Wsiadł na motocykl i skinął na dwóch mężczyzn, stojących nieopodal i dyskutujących o czymś zawzięcie. Widząc znak szefa, przerwali rozmowę i wskoczyli na swoje pojazdy.
    Delgado ruszył pierwszy. Już wkrótce dopadnie tę małą żmiję. Naiwna idiotka, naprawdę myślała, że mu ucieknie? Jemu? I w dodatku była na tyle głupia, że nie próbowała nawet wyjechać z Los Angeles. O tak, już on jej pokaże. Będzie go błagać o śmierć, razem z tym swoim kochasiem, który stanął w jej obronie.
    Albo nie, zmienił nagle zdanie. Nie będzie tak łatwo. Najpierw zabawi się z nią w obecności kochasia, a potem zabije go na jej oczach. Och, jak on uwielbiał melodramatyczne sceny. Już słyszał jej zawodzenie, gdy będzie płakać nad swoim kochankiem.
    A potem zabije także i ją. Znajdzie młodszą, ładniejszą i bardziej chętną.
    Zatrzymał się przy trzech swoich ludziach i policzył w myślach. Sześć osób. Poradzą sobie z nimi bez problemu. Nie było sensu wracać po pozostałych.
    - Co wiecie? - spytał krótko.
    - Jedno z nich jest ranne – odparł gangster, wskazując na zaschniętą krew na motocyklu. - Poszli tamtędy. - Wskazał na drogę. - Mieszka tam jakaś lekarka z rodziną.
    - Świetnie. - Delgado zszedł z pojazdu. - Zostawcie maszyny. Zrobimy im małą niespodziankę.
    Gangsterzy uśmiechnęli się złośliwie. Niespodziankę na pewno, ale czy małą – niekoniecznie.

    Margaret zebrała naczynia i wyszła do kuchni, a jej córka wytarła pospiesznie stół i złapała Shane'a za rękę.
    - Opowiesz nam jeszcze o Irlandii?
    - Daj już chłopakowi spokój, pewnie nie ma już siły mówić – mruknął Nick, naoliwiając drzwi, które zaczęły już mocno skrzypieć.
    - W porządku, mogę opowiedzieć. - Puścił do niej oczko i dał się prowadzić do pokoju. - Chodź, Mel – zwrócił się do brunetki, która stała obok stołu, myśląc nad czymś intensywnie.
    - Coś jest nie tak – wyszeptała.
    W tym momencie Shane dostrzegł, że jaspis mieni się intensywnym blaskiem. Mogło to oznaczać tylko jedno. Spojrzał na Nicka.
    - Nick, zabierz stąd dzieci – zwrócił się do niego, ale w tym momencie do jadalni weszła Margaret. Była blada. Za nią stał mężczyzna w skórzanej kurtce i spodniach, przystawiając jej pistolet do głowy.
    - Jeśli ktoś z was się ruszy, zabiję ją – zapowiedział.
    Za gangsterem wyszedł kolejny, tym razem znajomy. Shane zacisnął pięści. Na wściekłą sidhe. Znaleźli nas.
    Za nimi weszło jeszcze czterech mężczyzn. Wszyscy mieli broń i celowali z niej w Nicka, Shane'a i dzieci.
    Delgado obrzucił Irlandczyka przelotnym spojrzeniem, po czym skierował wzrok na Melissę, która zbladła jeszcze bardziej niż Margaret. Gangster podszedł powoli i zatrzymał się tuż przed nią. Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka.
    - Witaj, mała zdziro. Tęskniłaś?