Drodzy Czytelnicy!

Rozdziały "Szczypty magii" publikujemy na blogu dla Was i chcemy poznać
Wasze opinie. Dlatego kolejny rozdział pojawi się 19-20.10, jeśli poprzedni
skomentują co najmniej cztery osoby.
Przypominamy, że Wasze opinie są dla nas ważne, dzięki nim wiemy, że czytacie,
często również motywują nas do dalszego pisania. Pozdrawiamy serdecznie.

Słowik

Zapraszamy także na Słowika [klik], gdzie powstał oddzielny folder
"Szczypta magii", tam znajdziecie galerię postaci oraz słowniczek pojęć
(nie musicie mieć konta na chomiku, żeby przeglądać). Chomik jest tylko
dla czytelników. Jeśli ktoś jeszcze nie ma hasła (lub zapomniał), a chciałby
mieć, piszcie, podamy:) Zapraszamy też do komentowania postaci (tutaj lub
na chomiku), po pojawieniu się nowej postaci w rozdziale, pojawia się
również na Słowiku w folderze Galeria postaci:)

06.10.2019

Rozdział XXX. Kłamałem

    Zapinał ostatnie guziki koszuli, kiedy usłyszał huk tłuczonego szkła. Zaklął i wybiegł z sypialni, po drodze chwytając broń. Mógł się domyślić, że czarownica sprowadzi kłopoty. Nie sądził natomiast, że stanie się to aż tak szybko. Przeskoczył kanapę i znalazł się w salonie. Drzwi były otwarte na oścież, ale Siobhan ani śladu. Na progu leżały kawałki rozbitego wazonu, którego z jakiegoś powodu nigdy nie wyrzucił, choć nigdy nie trzymał w domu kwiatów. Broniła się wazonem, z marnym skutkiem. Wprost cudownie! A teraz co, ma ich gonić?
    Na pewno nie będzie za nią biegał boso. Włożył buty i sięgnął po leżący na komodzie sztylet. Wziął jeszcze jeden i schował go za paskiem spodni. Nie był szaleńcem, by rzucać się w pogoń bez broni. I na pewno nie pieszo. Wygrzebał w starych spodniach kluczyki do samochodu i wreszcie był gotów działać.
    Przez chwilę naszła go myśl, by nic nie robić. W końcu to czarownica, miał wobec niej dług, przez co nie mógł na nią zapolować, ale gdyby zabił ją ktoś inny... nie obiecał, że będzie jej bronił. Wyszedłby na drania, gdyby usiadł teraz przed telewizorem?
    Westchnął. Jasne, że by wyszedł, to rude dziewczę na niego liczyło. Zrezygnowany otworzył okno i wychylił się, chwytając za drabinę służącą do szybkej ewakuacji w razie pożaru. Albo pościgu. Wyskoczył, zjeżdżając w dół. W tej sposób dostanie się tam w porę, by odciąć porywaczowi drogę. Doskonale wiedział, kogo spotka na dole.

    Siobhan szarpnęła się, próbując wyrwać z uścisku Samuela. Doskonale wiedziała, czym jest metalowy przedmiot, przytknięty do jej karku. Widziała jak go używano, jak wielkie zagrożenie stwarzał. W filmach i wtedy, w podziemiach, gdzie przetrzymywano ją i Kistena. I jeszcze wcześniej, kiedy Kisten próbował ją zabić po raz pierwszy. Nie chciała stać się celem. Zacisnęła zęby, kiedy mężczyzna wypchnął ją z budynku.
    Nie wiedziała, czy Kisten usłyszał wystrzał, ani czy zamierza jej pomóc, co oznaczało, że musi poradzić sobie sama i to szybko. Zastanawiała się, jakiego zaklęcia mogłaby użyć, nie wywołując zbyt dużego zamieszania i szkód. Ogień odpadał, jak zdążyła się przekonać, rozgrzana broń zaczynała strzelać. Co w takim razie mogła zrobić? Nie odzyskała jeszcze wszystkich sił po wczorajszych wydarzeniach i brakowało jej kota. Nie chciała także krzywdzić Samuela, mimo tego, co jej zrobił. Wciąż pamiętała te chwile, kiedy dobrze się przy nim czuła i uważała go za przyjaciela.
    A może to był tylko sen?
    Rozejrzała się uważnie, kiedy prowadził ją ulicą do swojego samochodu. Pusto, być może było za wcześnie dla tutejszych mieszkańców. Miało to zarówno swoje plusy, jak i minusy. Plusem był fakt, że nikt nie zauważyłby jej magii, minusem – nikt jej nie pomoże, gdyby czary zawiodły. Żałowała, że nie była pilną uczennicą i jako dziewczynka uciekała z ćwiczeń z matką. Teraz przydałaby jej się każda rada.
    Co zawsze powtarzała babka?
    Żeby nigdy się nie poddawać. Czarownica jest warta tyle, ile ma w sercu. Ono jest źródłem największej magii.
    Tylko jak to ma mi pomóc?
    Pozwoliła doprowadzić się do samochodu, ale nie miała zamiaru wsiadać. Może powinna zniszczyć mu opony? Do tego wystarczyłyby wysokie szpilki...
    - Posłuchaj, Sam... nie musisz tego robić...
    - Nie pytałem cię o zdanie, czarownico. - Otworzył drzwi z większym rozmachem, niż było to konieczne. - Wsiadaj.
    Ona też potrafiła być uparta. Zwłaszcza, kiedy się bała. Obejrzała się na niego przez ramię, gniewnie marszcząc brwi.
    - No dobra, skoro jestem czarownicą, to nie przyszło ci aby do głowy, że lepiej mnie nie wkurzać?
    Parsknął i spróbował wepchnąć ją do samochodu, ale zaparła się z całych sił.
    - Zaczynasz mnie irytować, Siobhan.
    - A ty mnie drażnisz, Sam. Gwarantuję, że zmiana w żabę nie jest szczytem moich możliwości.
    Czasami za dużo gadała, ale w tym wypadku, mogła kupić trochę czasu. Oczywiście, nie zmieniłaby go w żabę, to niedozwolone. Ale on o tym nie wiedział. Nie wiedział też, że jej jedyny popisowy numer to ogień, bo na większości wykładów nie uważała.
    - Zrobimy tak: puścisz mnie i odjedziesz. Nigdy więcej się tu nie pokażesz. Wtedy nie spotka cię straszna klątwa.
    Samuel pokręcił głową z rozbawieniem.
    - Gdybyś mogła rzucić na mnie klątwę, już byś to zrobiła. Poza tym, zanim wypowiesz zaklęcie, ja wystrzelę. A teraz wsiadaj.
    Właśnie, że potrafiła rzucać klątwy. Jako dziewczynka przyprawiła ośle uszy koleżance, która groziła, że powie Shane'owi o jej podglądaniu. To popsułoby jej reputację, więc wyczarowała skarżypycie śliczną parę oślich uszu i zagroziła, że jeśli piśnie choć słówko, dorobi jej kopytka i ładny ogonek. Dziewczę uciekło z płaczem, a ona musiała tłumaczyć się matce, dlaczego dokucza koleżankom. Przeprosiła i obiecała, że już nigdy więcej nie będzie nikomu grozić zmianą w osła. Kiedy następnym razem koleżanka śmiała się z jej zadartego, piegowatego noska, wcale nie zemściła się, doprawiając jej uszy. Wyczarowała jej świński ryjek.
    - Jakie zwierzątko lubisz najbardziej, Sam?
    Mężczyzna zamrugał i posłał jej zaskoczone spojrzenie. Nabrała ochoty na naprawdę wredny numer.
    - Nie rozumiem.
    - Nie chciałabym zmieniać cię w skunksa, jeśli masz na niego uczulenie...
    Chwycił ją za kark i zmusił, żeby się pochyliła. W dodatku chyba wyrwał jej kilka włosów. Za to z pewnością się zemści.
    - Przestań się zgrywać, mała wiedźmo.
    Znów pociągnął jej włosy, a krew w żyłach czarownicy zawrzała.
    - Na Dzikie Łowy, możesz mnie obrażać, możesz mi grozić, ale wara od moich włosów, wieśniaku!
    Zaśmiał się ochryple, ani przez chwilę nie biorąc do siebie gróźb rudowłosej czarownicy. Znieruchomiał jednak, słysząc dźwięk odbezpieczanej broni.
    - Puść panią, kiedy ładnie prosi.
    Kisten. Serce Siobhan podskoczyło i wywinęło radosnego koziołka. Uśmiechnęła się, czując, jak nacisk ze strony Samuela maleje. Wyprostowała się powoli i oboje odwrócili się ku łowcy. Nie wiedziała, jakim sposobem dotarł do nich tak szybko, przecież nie widziała, by za nimi biegł.
    - O co ci chodzi, łowco? Wyręczam cię!
    Savage pokręcił głową z dezaprobatą, nadal celując w głowę Samuela. Doskonała linia strzału.
    - Jest moja. Puść ją, a pozwolę ci odejść.
    Sam wahał się chwilę. Miał w rękach najprawdziwszą czarownicę, nawet się przyznała. Miał ją tak po prostu oddać? I jaki z tego pożytek, łowca pewnie się z nią zabawi, a potem zabije. Przecież mogliby pójść na układ! On zabrałby jej moc, a Savage zabił. Jeśli chciał się wcześniej zabawić, nie ma problemu.
    Wyraził to na głos, co szybko okazało się błędem. Siobhan zachłysnęła się powietrzem i posłała mu wściekłe spojrzenie. Nadepnęła obcasem na jego stopę, starając się, by naprawdę bolało. Musiało się udać, bo wrzasnął i puścił ją, pochylając się, by chwycić nogę. Czarownica wykorzystała okazję, by znaleźć się jak najdalej od niego. I wpaść w ręce Kistena. Drgnęła, kiedy chwycił ją za ramię i pociągnął za siebie. Będzie ją bronił, czy może Samuel miał rację? Zawahała się.
    - Wracaj na górę, rudzielcu. Czekaj tam, aż wrócę. Mam tu niedokończoną sprawę.
    Otworzyła usta, by zapytać, co konkretnie miał na myśli, ale Sam zaczął się właśnie prostować, a Kisten syknął:
    - Idź.
    Pobiegła do środka, uznając, że lepiej będzie się z nim nie spierać. Wbiegła po schodach, tylko raz oglądając się za siebie. Wtedy też zobaczyła, jak Kisten uderza Samuela prosto w nos. Nie żałowała go, zasłużył na solidnego siniaka. I być może złamanie nosa. Miała tylko nadzieję, że mężczyźni nie posuną się za daleko.
    Kiedy tylko znalazła się w apartamencie, zatrzasnęła za sobą drzwi i oparła się o nie, głośno oddychając. Po kilku uspokajających wdechach, podeszła do okna, zaciekawiona, jak potoczyły się sprawy na dole. Ku jej zaskoczeniu, samochód zniknął. Podobnie Kisten i Samuel. Czyżby tak szybko się rozmówili i rozeszli? Kist szedł właśnie po schodach? Nie, była pewna, że po ostatniej nocy, łowca nie będzie palił się do pokojowego rozwiązania. Niedobrze.
    Została sama, nie mając pojęcia, gdzie podział się Kisten i jak długo każe na siebie czekać. Wróci, co do tego nie miała wątpliwości. Wierzyła, że poradzi sobie bez problemu. To ją pocieszało, ale też trochę... niepokoiło.
    Przysiadła na parapecie, przypominając sobie, że kiedyś o takim marzyła. Niski i szeroki, idealny, by na nim usiąść i czytać książkę w świetle dnia. Mogłaby też patrzeć na ogród... duży ogród, pełen kwiatów, które wybrałaby Ciara. Rosłyby tam jabłonie, czereśnie i grusze. Krzewy róż i jaśminu. Prawie jak w domu. Zamieszkałaby tam z tym jednym jedynym. Kiedy już by go znalazła, oczywiście. Może matka miała rację, może była zbyt wybredna, przecież wielu chłopców chciało się z nią umówić. Przyjęła tylko propozycję Rory'ego, ponieważ zawsze stawał po jej stronie. Był inteligentny, miły i na swój sposób przystojny. Podobał jej się jego uśmiech, wydawał się opromieniać całą jego twarz.
    Szkoda, że i tak nic by z tego nie wyszło. Nie tego pragnę.
    Podskoczyła, słysząc drapanie. Znieruchomiała, wytężając słuch. Dźwięk był uparty i intensywny. Wydawało się, że dochodził... spod frontowych drzwi. Rzuciła pospieszne spojrzenie za okno, ale nie dostrzegła tam znajomego samochodu. Nie wierzyła też, że Kisten tak szybko wróciłby pieszo. A co ważniejsze – nie drapałby w drzwi. Podniosła się powoli, wiedząc, że tym razem naprawdę jest zdana na siebie. Zerknęła na komodę, na której brakowało wazonu. Szkoda, bo znów by jej się przydał. Chociaż Kisten raczej nie byłby szczęśliwy, gdyby stłukła dwa wazony jednego dnia. Cofnęła się do części kuchennej i chwyciła patelnię. Tak uzbrojona zaczęła skradać się w stronę drzwi.

    Katerina założyła nogę na nogę, obserwując mijających ją ludzi. Komisariat w San Francisco nie należał do najprzyjemniejszych miejsc na świecie, a już z pewnością nie wpisałaby go na listę: koniecznie muszę odwiedzić. Spoceni funkcjonariusze, krzykliwi przestępcy, rozhisteryzowane kobiety. Upiła łyk kawy z plastikowego kubeczka, drugi trzymając na kolanie. Pogłoski na temat policyjnych automatów z napojami były prawdziwe. To nie była kawa, tylko lura, która na dodatek nie pachniała zbyt ładnie. Wiccanka zaczynała szczerze współczuć stróżom prawa.
    - Długo czekasz? - Uniosła wzrok, kiedy dobrze ubrany mężczyzna zasłonił jej widok na zrzędzącą starszą panią. Uśmiechnęła się i wstała, wręczając detektywowi Perry'emu kubek parującej kawy.
    - Przepraszam za smak, ale nie macie tu nic lepszego.
    Zaśmiał się, przyjmując od niej napój. Gestem poprosił, by poszła z nim do gabinetu, co też z radością uczyniła. Miała nadzieję, że tam zapachy będą choć trochę przyjemniejsze.
    - Obawiam się, że to cena, jaką płacimy za służbę społeczeństwu. Wiesz, jak mówią. Zrób dobry uczynek, a to zemści się na tobie dwa razy.
    - Mówią też, że na końcu każdej tęczy czeka garniec złota. - Upiła łyk kawy, wchodząc do gabinetu. Kiedy zamknął za nimi drzwi, odetchnęła z ulgą. Miała rację, Marcus Perry dbał nie tylko o wizerunek własny, ale także czystość biura, w którym pracował. Dałaby głowę, że gdzieś tam jest odświeżacz powietrza.
    - W takim razie muszę częściej wychodzić na deszcz. Usiądź, proszę.
    Zrobiła to, rozglądając się z zaciekawieniem. Ha, odświeżacz wisiał przy drzwiach, uruchamiał się, kiedy w jego okolicy miał miejsce ruch powietrza.
    - No więc? Kiedy zadzwoniłeś, powiedziałeś, że coś masz. Znalazłeś ją? Żyje?
    Przeczesał dłonią włosy, siadając za biurkiem. Nie do końca wiedział, od czego zacząć. Prawdopodobnie telefon do niej był złym pomysłem, ponieważ tak naprawdę nie znalazł jej przyjaciółki. Jednak trafił na ludzi, którzy mogli mieć coś wspólnego z jej zniknięciem. Skończył już przesłuchiwać jednego z nich, drugim zajął się jego partner.
    - Znaleźliśmy miejsce, w którym prawdopodobnie była przetrzymywana. Niestety nie mamy jej odcisków palców, by zyskać pewność. Wiemy natomiast, że w podziemiach tego samego budynku był Kisten Savage, dowody wskazują, że wzięto go na zakładnika.
    Katerina zamrugała, słysząc tę niecodzienną wiadomość. Kisten zakładnikiem? Ten Kisten, który w pojedynkę potrafił pokonać pięcioosobowy gang? Kisten, który nigdy nie rozstawał się z bronią i zawsze był kilka kroków przed przeciwnikami? Nie mogła w to uwierzyć. Jeśli schwytano Savage'a, Siobhan nie miała szans.
    - Co z nim?
    Dobre pytanie. Perry sam chciałby znać na nie odpowiedź. Co stało się z Savage'em, który stracił mnóstwo krwi, rozwalił drzwi w podziemiach i zdemolował miejsce, gdzie przetrzymywano jego i zaginioną kobietę?
    - Zniknął. Nie mamy pojęcia w jaki sposób wydostał się z budynku, jeden z porywaczy twierdzi, że został uwięziony, kiedy zawalił się sufit. On i rudowłosa kobieta, która miała być ofiarą w jakimś rytuale. Problem nastąpił, kiedy przekopaliśmy wszystkie gruzy. Ani Savage'a, ani Siobhan Mac Coinaoith tam nie było.
    - Ale... jak to możliwe?
    Niemożliwe. Chyba, że wierzyć świadkowi i uznać, że przeszli przez ścianę.
    - Mam zamiar się tego dowiedzieć. Może kiedy odnajdziemy osobę odpowiedzialną za porwanie, wszystko się wyjaśni.
    Katerina odstawiła kubek na brzegu biurka i zmarszczyła brwi.
    - Myślałam, że ich złapaliście?
    Skinął głową, opierając się wygodniej w swoim krześle.
    - Byli wynajęci. Według zeznań zleceniodawcą był przyjaciel twojej zaginionej, Samuel Murdoch. Udało mu się uciec chwilę przed tym, jak dotarliśmy na miejsce, ale go znajdziemy.

    Skrobanie nasiliło się, kiedy czarownica dotknęła klamki. Przypomniała sobie jedno z obronnych zaklęć i pociągnęła drzwi w swoją stronę, oczekując najgorszego. Osunęła się na kolana, słysząc szczęśliwe miauknięcie i pochwyciła w ramiona Kirarę.
    - Jak mnie tu znalazłaś, maleńka?
    - Jest mądrzejsza, niż myślisz, ruda. Przecież to kot czarownicy! - Isabelle zmaterializowała się obok Siobhan, żałując, że nie może jej uściskać. - Nawet nie wiesz, jak trudno było się tu dostać!
    - Isabelle! Ale... lusterko...
    Martwa dziewczyna w różu machnęła ręką i wskazała łańcuszek przypięty do szyi kotki. Czarownica odpięła go i zobaczyła, że lusterko jest do niego przyczepione, dzięki czemu Kirara cały czas je ze sobą niosła.
    - Hej, jestem poltergeistem, mogę przesuwać przedmioty. Przyznaję, że przyczepienie tego do łańcuszka było trudne, ale inaczej się nie dało. Potem Kirara ze swoją kocią miłością i moimi pomysłami wyruszyła na poszukiwania. I jesteśmy! Ta-da! - Kilka różowych kosmyków zatrzepotało wdzięcznie, kiedy Isabelle dygnęła. - Mówiłam, że cię nie zostawimy, ruda.
    Siobhan jeszcze raz przytuliła kotkę i zamknęła drzwi. Podeszła do kanapy i usiadła, trzymając zwierzątko w ramionach.
    - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę, Isa. Czułam się taka zagubiona...
    - Ale się odnalazłaś. - Isabelle rozejrzała się podziwiając wnętrze apartamentu. - I to gdzie! Czyja to chata?
    Czarownica uśmiechnęła się, zadowolona, że wreszcie może powiedzieć coś, co zadziwi jej martwą przyjaciółkę. Przy okazji sama ciekawie rozejrzała się po wnętrzu. Katerina nazwałaby je apartamentem. Długi, jasny korytarz ozdobiony dużą ilością nowoczesnych lamp prowadził do przestronnego salonu, który przechodził w kuchnię zbudowaną na podwyższeniu z trzech schodków. Skórzana narożna kanapa wydawała sie bardzo wygodna.
    - To dom Kistena. Obiecał, że mi pomoże.
    Wielbicielka różu otworzyła szerzej oczy ze zdumienia, po raz pierwszy nie wiedząc, jak zareagować. Wiedziała, że łowca trochę lubi czarownicę, ale do tego stopnia?
    - Ten z seksownym tyłkiem, tak?
    Siobhan zachichotała i skinęła głową. Nieboszczka opadła na miejsce obok niej, lewitując kilka centymetrów nad kanapą. Pierwsze pytanie, jakie nasunęło jej się na myśl, dotyczyło wspólnie spędzonej nocy. Isabelle jednak zdążyła już na tyle dobrze poznać czarownicę, by wiedzieć, że nigdy nie zgodziłaby się na coś takiego. Była jedną z ostatnich kobiet w tym zapomnianym przez Boga świecie, które miały zasady. Dlatego też przeszła do rzeczy najważniejszych.
    - Myślisz, że możesz mu zaufać? Jest seksowny jak diabli, ale... chciał cię zabić, ruda.
    Kirara miauknęła cicho, jakby chciała zadać to samo pytanie. No tak, nic dziwnego, że nie ufały Kistenowi, daleko mu było do świętego. Był złośliwy, podstępny, często bezwzględny i przyciągał swoje ofiary jak magnes. Dlaczego ona mu zaufała? Bo miał dobre serce, nie krzywdził niewinnych. Działał honorowo i dał jej słowo. Nie ufał czarownicom, które tak bardzo go skrzywdziły, a jednak, kiedy zażądała, by złożyli sobie starą irlandzką przysięgę geis, zgodził się. Uprzedziła go, że złamanie paktu zostanie ukarane i dotyczyło to obu stron. A on uścisnął jej dłoń.
    To oznaczało, że jakaś część Kistena jej zaufała, zawierzył, że zawrze z nim uczciwą umowę i nie użyje podstępu, by go oszukać. Jeśli tym sposobem nie udowodnił, że jest wart zaufania, to Siobhan nie sądziła, by ktokolwiek inny był tego godzien.
    - Ufam mu, Isabelle. Obronił mnie. Najpierw tam, w budynku, w którym więził nas Sam. Mógł odejść, ale wrócił po mnie. Potem, kiedy znów się spotkaliśmy i przypadkiem poznałam jego sekret... zgodził się zawrzeć ze mną umowę. A na koniec tutaj, kiedy Samuel wrócił. Gdyby nie Kist, nie sądzę, bym sobie poradziła... Wiesz, że najostrzejszy to ja mam język.
    Isabelle zachichotała.
    - O tak, języczek masz godny podziwu! Ale gdybyś mnie pytała o zdanie... twoje czary też są niczego sobie. Dałaś Lucie spokój. Przywiązałaś mnie do siebie i odesłałaś mojego ojca. Uratowałaś życie łowcy i... niech zgadnę... rozwaliłaś ten sufit, prawda?
    Czarownica również odpowiedziała śmiechem.
    - Chwilowo nie miałam lepszego pomysłu.
    Martwa dziewczyna poszybowała do okna, głośno komentując walory okolicy, podczas gdy Siobhan ułożyła się na kanapie razem z Kirarą. Kiedy znów były wszystkie razem, świat wydawał się piękniejszy.
    Kirara przeciągnęła się i ułożyła na brzuchu czarownicy, mrucząc z zadowolenia. Wreszcie było jej dobrze i biada temu, kto spróbuje przeszkodzić jej w drzemce. Siobhan głaskała ją, przemawiając do niej czule cichym, kojącym głosem. Była pewna, że ta słodka kotka i Rufus od razu się polubią. Będą musieli, bo przyjdzie im mieszkać pod jednym dachem. Obie zamknęły oczy, rozkoszując się spokojem i niemal równocześnie zapadły w sen.

    Nienawidził brudnej roboty, ta myśl go zaskoczyła. Wyjął z samochodu ciało Samuela Murdocha i położył je w cieniu drzew. Pogoda wydawała się zbyt słoneczna dla tego, co miał dziś zrobić. Drzewa szumiały na lekkim wietrze, a ptaki niczym nie zrażone śpiewały o letnim dniu. Savage podszedł do bagażnika, zawsze woził ze sobą łopatę. W niektórych sytuacjach stanowiła bardzo przydatny gadżet. Na przykład, kiedy musiał kogoś zakopać.
    Wybrał odpowiednie miejsce, uprzednio poklepując je narzędziem. Dotąd robił to automatycznie, zabijał tak często, że przestał czuć cokolwiek, teraz na nowo odczuł, jak niewdzięczny jest jego zawód. Już niemal skończył kopać, kiedy Murdoch się poruszył.
    - Miałeś miłe sny?
    Mężczyzna poderwał się gwałtownie, rozglądając za źródłem głosu. Zbladł, widząc Kistena Savage'a, a kiedy dostrzegł głęboki dół, śmiało mógłby konkurować z duchem. Jęknął, chwytając się za głowę. Nie przypuszczał, że łowca ogłuszy go w tak łatwy sposób. Słyszał plotki na jego temat. Wiele razy obiło mu się o uszy, jak dobrym zabójcą jest Savage. Pogłoski nie ukazywały całej prawdy. Ten mężczyzna był jeszcze lepszy.
    - Co chcesz zrobić, Savage? Po co ci ten dół?
    Kisten przestał kopać tylko na moment. Obrzucił swojego przeciwnika lekceważącym spojrzeniem i wrócił do pracy.
    - Szykuję ci grób, chłoptasiu.
    Tym razem Samuel zerwał się na nogi, jednak nie wytrwał w tej pozycji zbyt długo. Najpierw odczuł zawroty głowy, potem silny ból w kostce. Najwyraźniej miał złamaną kość. Zacisnął zęby, gdy upadł na ziemię. Doskonale wiedział, dlaczego nie może chodzić. Savage przewidział wszystko. I nie miał ochoty dłużej za nim biegać.
    - Obiecałeś, że mnie wypuścisz! Że pozwolisz mi odejść, jeśli oddam ci czarownicę!
    Kisten skończył kopać i odrzucił łopatę, wychodząc z dołu. Ruszył w stronę Samuela, otrzepując ręce.
    - Nie wypuściłeś jej, sama uciekła.
    Sam zaklął w duchu, zastanawiając się, jak daleko uciekłby ze złamaną nogą. Odpowiedź była prosta: wcale. Savage dopadłby go jednym skokiem. Musiał więc grać inaczej.
    - Wypuściłem. Miałem zamiar ją puścić, kiedy na mnie napadła. A umowa to umowa. Nie jesteśmy przecież wrogami. To ona nim jest.
    Łowca westchnął, w jednym przyznając mężczyźnie rację. Siobhan Mac Coinaoith była jego wrogiem. Była też przestraszoną kobietą. I zawdzięczał jej życie.
    - Owszem. Obiecałem.
    Murdoch odetchnął z ulgą, ocierając pot z czoła. Żałował, że nie zabił łowcy, kiedy miał okazję. Oczywiście naprawi ten błąd, kiedy tylko będzie mógł. Gdy Savage straci czujność. Kiedy zobaczył, że Kisten wyciąga broń, zesztywniał.
    - Jest jeden szkopuł... widzisz... może i coś ci obiecałem. Ale... No cóż. - Odbezpieczył broń po raz kolejny tego dnia. - Kłamałem.
    Nacisnął spust.

    Dręczyły go koszmary. Upiorne postaci tańczące wokół ogniska, którego płomienie buchały do samego nieba. Ich ciała wyginały się w nienaturalny sposób, tworząc zarazem piękny, jak i przerażający widok. Cienie przesuwały się po ich obliczach zmieniając piękne twarze w odrażające maski. Rory stał wśród drzew, oglądając te przedziwne harce i miał ochotę uciekać. A jednak nie mógł. Czuł się tak, jakby wrósł w ziemię. Spróbował nimi poruszyć, ale odczuł tylko ból. Spojrzał w dół i nie mógł uwierzyć własnym oczom, jak bliski był odkrycia prawdy. Jego nogi oplatały pnącza, wspinając się wyżej i wyżej. Ostre kolce raniły mu nogi, a tam, gdzie rośliny spełniły już swoją rolę... zmieniał się w kamień.
    Usłyszał szelest za plecami i otoczyły go znajome twarze. Czarownice, wśród których się wychował, mężczyźni, których znał przez całe życie. Wszyscy oni zmierzali ku tym potwornym istotom. Ich twarze pozostawały bez wyrazu, jakby ciała stały się jedynie pustymi skorupami. Podświadomie wiedział, że jeśli dołączą do tamtych istot – zginą. Dlatego zaczął krzyczeć. Wołał ich, chwytał za ramiona. Nikt nie reagował. Jakby go tam nie było. Albo jakby nie było ich. Tańczące stworzenia wysysały z nich życie. Dopadały jednego po drugim i zabierały... do świata, gdzie śmiertelni nie mają wstępu.
    Idą do Innej Krainy, przeszło mu przez myśl. Do Zaświatu. Tak bardzo chciał ich zatrzymać, tak bardzo drażniła go jego niemoc. Wśród tych wszystkich twarzy wyłapał jedną. Żywą. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się drapieżnie. A potem wysłała ludzi do obcej krainy pod kurhanami, w miejsce, które Irlandczycy nazywali Zaświatem.

    - Ej, ruda, wstawaj! - Jedna z poduszek Kistena wylądowała na twarzy Siobhan. Czarownica zamrugała, zaciskając palce na chłodnym materiale. - Pospiesz się, nie mamy wiele czasu!
    - O co chodzi, Isabelle? - Ziewnęła, podczas, gdy Kirara przeciągnęła się na jej brzuchu.
    - Na pytania będzie czas później. Wstawaj, musimy się stąd zmyć.
    Czarownica natychmiast odzyskała czujność.
    - Kisten wrócił?
    - Pudło. - Isabelle rzuciła Siobhan jej sweterek i wyjrzała przez okno.
    - Sam? - Rudowłosa wiedźma zerwała się na nogi i również dopadła okna.
    - Gorzej. Gliny. Zmywamy się.
    Siobhan zmarszczyła brwi, biorąc na ręce Kirarę. Glina? Dlaczego ma bać się gliny?
    - Kisten kazał czekać. I co za glina?
    Isabelle wyrzuciła w górę ręce, posyłając czarownicy zniecierpliwione spojrzenie. Kotka ziewnęła, nic nie robiąc sobie z jej obaw.
    - Nie glina, ruda. Gliny. Niebiescy. Smerfy. Psy. No kurde, ruda! Policja!
    Różowa dziewczyna jęknęła, widząc, że przyjaciółka siada na kanapie. Czy ona nic nie rozumie? Może i jest z innego świata, ale żeby aż tak?!
    - Ale to dobrze, prawda? Policjanci pomagają ludziom.
    - Pomagają, pomagają, ale ty jesteś poszukiwana, twój kochaś o super tyłku też! Więc rusz się i wiejemy! Jeśli chcesz opuścić to miasto niezauważona, nie możesz trafić na komisariat.
    Podpłynęła do okna i otworzyła je, nim czarownica zdołała poskładać wszystkie informacje w całość. Gliniarze weszli do budynku, to oznaczało, że okna są wolne.
    - Ej, ruda... proponuję rzut monetą. Reszka – skoczysz, orzeł... lepiej, żebyś umiała latać.