UWAGA!

Do wszystkich, którzy czytają Szczyptę magii

Publikujemy dla Was. Patrząc na liczbę komentarzy, dochodzimy do wniosku,
że prawie nikt nie czyta naszego bloga, albo też czyta i nie komentuje. Dlatego
termin kolejnego rozdziału będzie zależał od Was.
Jeśli X rozdział skomentują co najmniej trzy osoby, XI pojawi się w terminie,
czyli 29-30.07. Jeśli natomiast okaże się, że nie mamy nawet trzech czytelników,
kolejny rozdział wstawimy za miesiąc. Pozdrawiamy.

Słowik

Zapraszamy również na Słowika [klik], gdzie powstał oddzielny folder
"Szczypta magii", tam znajdziecie galerię postaci oraz słowniczek pojęć
(nie musicie mieć konta na chomiku, żeby przeglądać). Chomik jest tylko
dla czytelników. Jeśli ktoś jeszcze nie ma hasła (lub zapomniał), a chciałby
mieć, piszcie, podamy:) Zapraszamy też do komentowania postaci (tutaj lub
na chomiku), po pojawieniu się nowej postaci w rozdziale, pojawia się
również na Słowiku w folderze Galeria postaci:)

15.07.2017

Rozdział X. Mocny sierpowy

    Pierwszy oddech był najtrudniejszy. Przyniósł ze sobą ból i ponure widmo wspomnień. Mężczyzna leżał na wznak, spoglądając na poranne promienie słońca przedzierające się przez szczeliny w starym budynku. Nie odważył się poruszyć. Jego ciało wciąż było ociężałe, niezdolne do wykonywania bardziej skomplikowanych poleceń. Pierś poruszała się lekko, kiedy serce powoli wtłaczało krew w żyły. Zacisnął palce na czymś miękkim, leżącym tuż obok jego głowy. Wcześniej nie zwrócił na to uwagi.
    Zmarszczył brwi, przyglądając się zielonej jedwabnej chuście. Pachniała słodko, po kobiecemu. Tak samo jak kobieta, która ją zgubiła. Uśmiechnął się, wyobrażając sobie minę Siobhan, kiedy zwróci jej chustę. O tak, miał zamiar to zrobić. Tuż przed tym, kiedy wbije sztylet w jej przerażone serduszko.
    - Zostawiasz po sobie ślady, rudzielcu.
    Zamknął oczy, pozwalając, by jedynym co czuł, był zapach kobiety. Ślicznej i bardzo przestraszonej. Uśmiech na jego ustach się pogłębił.
    - O tak, masz się czego bać, Siobhan. Może jeszcze tego nie wiesz, moja słodka, ale umieranie boli...
    Kto jak kto, ale Kisten Savage wiedział o tym naprawdę wiele.

    Obudził ją strach. Strach tak silny, że niemal paraliżował zarówno jej umysł, jak i ciało. Niekiedy sny są dobre. Oczyszczają. Niekiedy. Ten, który dopadł Siobhan, w niczym jej nie pomógł. Nawet kiedy otworzyła oczy, widziała tylko wykrzywioną nienawiścią twarz Kistena. Obudziła się w chwili, kiedy ostrze dzierżonego przez niego sztyletu dosięgło jej serca.
    Jaka ja byłam głupia, przeszło jej przez myśl. Zaufałam łowcy. Przecież on i tak mnie zabije...
    Usiadła, rozglądając się po pokoju. Z trudem rozpoznała sypialnię w domu Kateriny.
    Jak ja się tu dostałam?
    Otuliła się kocem i powoli podeszła do drzwi. Może to wszystko było tylko snem? Może wcale nie poszła na targ, nie gonił jej łowca... Może wcale nie poznała Kistena?
    Łudź się dalej, niemądra dziewczyno. Byłaś tam, ledwie uszłaś z życiem i zasnęłaś na ławce jak małe dziecko!
    W dodatku zgubiła szal, który kupiła na targowisku...
    Ostrożnie pchnęła drzwi i zajrzała do salonu. To nie Katerinę zastała siedzącą na kanapie i układającą pasjansa, jak miała w zwyczaju. Na wprost niej siedział Sam, z filiżanką ziołowej herbaty w dłoni. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, posłał jej ciepły uśmiech.
    - Dzień dobry, Śpiąca Królewno. Nawet nie wiesz, jakiego napędziłaś nam stracha.
    Ja?
    - Chodź, siadaj. Zaraz przyniosę ci coś do picia. Między nami mówiąc, herbatki Kateriny są okropne. Czuję się, jakbym pił wywar z trawy. - Samuel poklepał miejsce obok siebie.
    Siobhan nie mogła się nie uśmiechnąć. Ona również próbowała herbatek „na wszystkie problemy”, jakie stale parzyła Katerina. Nie były takie złe, ale do najlepszych również nie należały. Pomijając fakt, że nie działały na żadne problemy.
    - Jak się tu znalazłam? - Czarownica usiadła na kanapie, przyjmując od Sama kubek z dużą ilością zielonej herbaty. Przymknęła oczy i wchłonęła jej zapach. Nawet jeśli nie miała zamiaru pić, napar przyjemnie rozgrzewał jej dłonie.
    - Objeździłem połowę San Francisco, żeby cię znaleźć. Kiedy tak się wreszcie stało, spałaś skulona na ławce, wyziębiona i przemoczona od padającego deszczu. - Podsunął jej talerz z kanapkami. Wzięła jedną i posłała mu pytające spojrzenie, jakby chciała powiedzieć: i co dalej? - Zabrałem cię do samochodu i przywiozłem tutaj. Może powinienem był najpierw odwiedzić szpital, nie zdziwię się, jeśli dostaniesz zapalenia płuc.
    Pokręciła głową, wgryzając się w kanapkę. Dawno nie jadła nic tak dobrego.
    - Mam silny organizm. - Wymamrotała z pełnymi ustami, nie zwracając uwagi, czy mężczyzna w ogóle ją rozumie.
    Była bezpieczna. Z dala od mrozu, deszczu i wściekłego łowcy. Nikt do niej nie strzelał, nie wymachiwał nożem, zamiast tego siedziała przy boku przystojnego mężczyzny, który karmił ją kanapkami. W porównaniu z jej ostatnimi przeżyciami, była skłonna nazwać obecny stan rajem. Gdyby jeszcze tylko udało jej się wrócić do domu...
    Podskoczyła, kiedy coś miękkiego otarło się o jej bosą stopę. Zerknęła na burą kotkę, łaszącą się jej do nóg. Uradowana rzuciła kanapkę i porwała zwierzę w ramiona.
    - Cześć, maleńka! Co tu robisz? Jesteś taka śliczna i masz takie miękkie futerko... - Wtuliła twarz w sierść kota, który zaczął przyjemnie mruczeć.
    - Znalazłem ją razem z tobą. Przyczepiła się do ciebie i nie pozwalała mi cię zabrać, więc w końcu skapitulowałem i pozwoliłem jej jechać z nami. Znasz tego kota, Siobhan?
    - Nie, ale i tak go kocham. - Czarownica radośnie podrapała kotkę, układającą się na jej kolanach. - Tam, skąd pochodzę, koty są naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Pomagają nam i darzą miłością. W zamian my robimy to samo.
    Sam nieznacznie skinął głową, zastanawiając się nad słowami Siobhan. Była zagadką, którą z każdą chwilą bardziej pragnął rozwiązać. Bardzo urocza zagadka, uznał, patrząc, jak czarownica bawi się z kotem. Nawet jego siostrzeniec nie eksplodował taką euforią na widok zwierzęcia, jak robiła to Siobhan. W jednej chwili zapomniała o herbacie i kanapkach, stojących na stoliku. Jej myśli pochłaniała tylko mała bura kulka, próbująca dosięgnąć naszyjnika kobiety.
    Siobhan roześmiała się głośno, widząc zmagania kotki. Zdjęła naszyjnik i zamachała nim w powietrzu, podpuszczając pupilkę do kolejnych wyczynów. Przez chwilę czuła się jak w domu. Było jej ciepło i przyjemnie, a na kolanach turlała się śliczna kotka, która była teraz równie szczęśliwa jak czarownica. Obie znieruchomiały, słysząc znaczące chrząknięcie. Dwie pary dużych zielonych oczu – kobiecych i kocich – spoczęły na sylwetce siedzącego nieopodal mężczyzny.
    - Tak, Samuelu?
    Miau, stwierdziła jednocześnie kotka i Siobhan wybuchnęła śmiechem.
    - Tak, śmiejcie się obie... Mówiłem, że Katerina dała ci dziś wolne, ale mnie nie słuchałaś. Mojej propozycji spędzenia razem wieczoru zapewne też nie usłyszałaś?
    Oczy czarownicy stały się jeszcze większe, po chwili na jej policzki wypłynął delikatny rumieniec, podkreślając drobne piegi na ślicznym nosku.
    - Jak to: razem?
    Uśmiechnął się i przysunął do dziewczyny, nie zwracając najmniejszej uwagi na prychającą kotkę. Objął Siobhan ramieniem i dałby głowę, że kolejne prychnięcie nie pochodziło od zwierzęcia.
    - Proponuję ci randkę, słodka Siobhan.
    Ojej.
 
    Czarny van zatrzymał się przed sklepikiem z magicznymi akcesoriami Kateriny Iwanowej, jednak nikt z niego nie wysiadł. Kierowca nie opuścił nawet szyby, wpatrywał się w drzwi sklepu, czekając na konkretną osobę. Poświecił trochę czasu, przysłuchując się głosom miasta i wreszcie ją znalazł. Wiedział, gdzie pracuje. Wcale nie było trudno, nie kryła się ze swoimi mocami. Postanowiła bawić się we wróżkę.
    Zabawne, że nie przewidziała jego wizyty. Nawet nie wie, że na nią czeka. Niedługo wyjdzie ze swojej kryjówki, a on ruszy za nią. Nie zniknie mu tym razem. Nie będzie żadnych komplikacji.
    - No dalej, rudzielcu. Wyjdź tu do mnie.
    Uśmiechnął się, widząc czarownicę wychodzącą ze sklepu. Zacisnął palce na klamce i zaklął, kiedy za wiedźmą ruszył ciemnowłosy mężczyzna. Pamiętał go, już raz pokrzyżował mu szyki. To się więcej nie powtórzy. Nie przeszkodzi mu.

    - A więc dokąd mnie zabierasz?
    Samuel uśmiechnął się, prowadząc Siobhan zatłoczoną uliczką. Przez chwilę sądził, że mu odmówi, nie wydawała się zachwycona jego propozycją, a jednak się zgodziła. Nie miał zamiaru przegapić takiej szansy. Wiedział, że nie może pozwolić jej odejść. Była zbyt ważna. Ostrożnie objął ją ramieniem, uśmiechając się z triumfem, kiedy nic nie powiedziała.
    - Niespodzianka.
    Pokręciła noskiem, widząc jego tajemniczą minę. Niewiadoma nigdy jej nie pociągała, zawsze musiała wiedzieć wszystko od razu. Niestety Sam okazał się twardym zawodnikiem. Pytała już piąty raz, a on ciągle tylko się uśmiechał.
    Jeszcze cię rozgryzę...
    Nie rozgryzła, jednak cały wieczór spędziła w zadziwiająco miły sposób. Najpierw Samuel zabrał ją do wędrownego cyrku. Oczom nie mogła uwierzyć, kiedy pokazał jej piękne tancerki balansujące na linie, magików bawiących publikę sztuczkami (przejrzała ich od razu), akrobatów, klaunów oraz wspaniałe zwierzęta. Jeszcze nigdy nie widziała tylu cudownych stworzeń w jednym miejscu. Słonie, tresowane konie, tygrysy, foki, zebry, małpki, a nawet lew o pięknej złotej grzywie.
    Poruszyła się, kiedy na arenę wkroczył treser z zachwycającym, białym tygrysem. Zacisnęła palce na poręczy, wychylając się, by lepiej przyjrzeć się zwierzęciu. Tygrys miał piękną, zdrową sierść, a rozmiarami przewyższał wszystkie te, które Siobhan widziała wcześniej. Oczywiście, widywała je na fotografiach i rysunkach, nigdy na żywo.
    Cóż za wielka strata... jest przepiękny.
    Uśmiechnęła się, kiedy Samuel kazał jej usiąść, bo mogłaby wypaść. To miłe, że w tym obcym świecie znalazł się ktoś, kto się o nią troszczył. Dzięki niemu czuła się choć trochę mniej samotna. Posłuchała, nie chcąc go denerwować. Wpatrywała się w zwierzę wykonujące przezabawne sztuczki i marzyła, by zatopić palce w jego sierści. W końcu to tylko duży kot. Prawda?
    Pomyślała o małej kotce, która została w domu Kateriny. Musi znaleźć dla niej odpowiednie imię. Może Samuel będzie miał jakieś pomysły? Zerknęła na siedzącego obok mężczyznę, zakładając włosy za ucho. Odwrócił się do niej w tej samej chwili i ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęła się słodko i wróciła do podziwiania przedstawienia. Tygrys już opuścił arenę, jego miejsce zajęła młoda kobieta w błękitnym stroju. Publiczność powitała ją wiwatami, dziewczyna skłoniła się lekko, wykonała kompilację akrobacji, wspięła się po drabinie i zatrzymała na niewielkim podeście, wysoko ponad głowami widzów. Rozłożyła ramiona w teatralnym geście i postąpiła krok do przodu, całym ciężarem ciała opierając się na wiszącej poziomo linie. Siobhan wstrzymała oddech.

    Letni deszcz zawsze był ciepły i według Siobhan, bardzo przyjemny. Obróciła się wokół własnej osi, śmiejąc głośno i ciesząc kroplami dotykającymi jej ciała. Zachwyt nad wspaniałymi popisami cyrkowców wciąż górował w jej umyśle. Miała ochotę tańczyć w deszczu i śmiać się na cały głos. Dlaczego miałaby tego nie robić? Podbiegła do łańcucha, odgradzającego chodnik od ulicy i ostrożnie na nim stanęła, rozłożyła ręce, by utrzymać równowagę. Ha, ona też tak potrafi!
    - Siobhan, zejdź! Wpadniesz na ulicę...
    Zaśmiała się, nie spoglądając na Samuela. Spadnie? Ona? Nie w tym życiu. Przecież była czarownicą. Zrobiła krok. I kolejny. Zachwiała się, ledwie utrzymując na łańcuchu. Przegryzła wargę i postąpiła do przodu. A potem jej noga ześlizgnęła się z metalu i Siobhan poleciała w dół, ku ziemi. Pisnęła w chwili, gdy Samuelowi cudem udało się do niej doskoczyć i uchronić ją przed upadkiem. Zachichotała i objęła go za szyję.
    - Mój bohater.
    Pokręcił głową, ale jego oblicze rozjaśnił delikatny uśmiech. Postawił ją i splótł palce z jej palcami.
    Zmarszczyła brwi, znów kręcąc noskiem, jednak jej uwagę odwróciła wystawa sklepu, który właśnie minęli. Podeszła do szyby, ciągnąc go za sobą i zafascynowana przyjrzała się niedużej broszce. Wyglądała jak mały zielony listek, otoczony złotą obwódką. Jeszcze nigdy nie widziała czegoś tak pięknego. Z nieznanych przyczyn broszka przywołała Siobhan wspomnienie domu. Lasów, łąk, po których biegała jako dziecko, a także jako dorosła kobieta. Uwielbiała, kiedy wiatr targał jej włosy, a liście się w nie wplątywały. Rory powtarzał, że wygląda jak nimfa. Shane zwykł dodawać, że przypomina bardziej wściekłą sidhe. Zawsze potem musiał przed nią długo uciekać.
    Tak bardzo tęskniła za domem. Westchnęła, odrywając dłoń od szyby. Wiedziała, że nie stać ją na broszkę, ale postanowiła, że będzie wracać, żeby na nią popatrzeć. Wtedy znów zobaczy rodzinną Irlandię, nawet jeśli tylko oczami wyobraźni.
    - Chodź, rozrabiako. Mamy przed sobą kolację.
    Zamrugała. Spojrzała na ich dłonie, nie do końca wiedząc, jak zareagować. Pozwolić mu na to? Był miły. Lubił ją. Odnalazł, kiedy była w potrzebie i nawet zabrał ze sobą tą uroczą kotkę.
    Może to ze mną jest coś nie tak...
    Wyswobodziła dłoń i objęła się ramionami. Pozwoliła, by Sam położył dłoń na jej plecach i lekko nią pokierował.

    Ruszył z podjazdu, gdy zniknęli za rogiem. Przez cały czas uważnie obserwował zachowanie kobiety. Coś było z nią nie tak. A on wiedział, kto jest za to odpowiedzialny. Tylko czy powinno go to obchodzić? Powinien wypełnić swoją pracę, nic więcej.

    Jak elegancko, pomyślała Siobhan, kiedy kelner odsunął dla niej krzesło. Usiadła, zanurzając twarz w bukiecie czerwonych róż. Pachniały wspaniale. Podziękowała mężczyźnie z obsługi, który podstawił jej wazon, włożyła do niego kwiaty i uśmiechnęła się do Samuela. Organizując tę kolację, przeszedł sam siebie, nie mogła wyjść z podziwu. Splotła ze sobą palce i położyła dłonie na kolanach, rozglądając się z zachwytem. Lokal był wspaniały, z wysokimi sufitami, z których zwisały długie żyrandole zrobione z lśniących kamieni, stoliki przykryte białymi obrusikami stały w stosownej odległości od siebie, by każdy klient mógł zachować prywatność. Zastawa była złota, wyglądała bardzo bogato i dostojnie. Na podwyższeniu stał piękny czarny fortepian, siedzący przy nim mężczyzna wygrywał jakąś nieznaną czarownicy melodię.
    Zerknęła na Sama i wetknęła nos w menu. Czuła się dziwnie w tym miejscu, Ciunas nie miało takich restauracji, gdzie wszyscy byli wystrojeni i z pewnością bardzo bogaci. Wśród kobiet w pięknych sukniach i mężczyzn w garniturach, ona i Samuel wyglądali, jakby pomylili lokale. Ona miała na sobie dżinsy, zieloną bluzeczkę i biały sweterek, on ubrał się podobnie. Co oni tam robili?
    - I jak ci się tu podoba?
    Uśmiechnęła się do Samuela i odłożyła kartę.
    - Jest wspaniale. Przepięknie. Nie sądziłam, że zabierzesz mnie w takie miejsce.
    Czyżby naprawdę zobaczyła, jak dumnie wypina pierś? Stłumiła chęć chichotu. Podniosła głowę, kiedy kelner zapytał o zamówienie. Problem polegał na tym, że nazwy potraw były niesamowicie egzotyczne i Siobhan nijak nie umiała ich rozszyfrować. Posłała Samowi błagające spojrzenie. Chyba zrozumiał, bo złożył zamówienie za nich oboje.
    - Mam nadzieję, że to miejsce cię nie peszy?
    Jak cholera.
    - Nie, skąd, jest cudownie.
    Powiedzmy. Do momentu. Upuściła łyżeczkę, nim zabrała się za przystawkę. Niemożliwe. Nie tutaj, nie teraz.
    Stał przy oknie, opierał się o wolny stolik. Uśmiechnął się półgębkiem i skłonił dwornie, kiedy tylko zwróciła na niego uwagę. A tak prosiła, by już nigdy więcej nie spotkać Kistena. Zacisnęła dłonie, myśląc gorączkowo.
    Co robić? Zabije mnie, na pewno zabije... uciekać...
    Spojrzała na Samuela, zdając sobie sprawę, że ciągle do niej mówi. Jakby miała mało zmartwień. Wstała.
    - Muszę iść do łazienki, przepraszam.
    Zamrugał, zaskoczony jej nagłą reakcją, ale skinął głową, a wtedy pobiegła. Tylko raz zerknęła za siebie. Kistena już nie było. To oznaczało, że zaczął swoje polowanie. A niech to!

    - Nie macie mi nic do powiedzenia?
    Dervil obrzuciła rodziców zaginionych czarownic niezadowolonym spojrzeniem, potem jej wzrok zatrzymał się na matce Shane'a. Powinna była się domyślić, że ta grupka zechce działać na własną rękę. Można było się tego spodziewać, jednak postawa Rory'ego ją rozczarowała. Zawsze uważała go za jednego z rozsądniejszych mężczyzn w Ciunas, nie powinien był pozwolić O'Connellowi opuścić miasta.
    - No więc? Żadnych wyjaśnień?
    Seamus wyrwał się do przodu, jakimś cudem omijając Rory'ego.
    - Przecież Shane musiał to zrobić! Siobhan i Ciara potrzebują pomocy, a Rada nawet nie ruszy... - Umilkł, kiedy Rory zakrył mu usta dłonią i zaczął się szarpać, jednak nie miał szans ze starszym mężczyzną.
    - Zdajemy sobie sprawę ze złamania zasad, a także tego, jakie niebezpieczeństwa czekają poza miastem. Mimo to Shane miał prawo podjąć taką decyzję, gdzieś tam jest kobieta, którą kocha, a także jego przyjaciółka. Ktoś musiał wyruszyć. - Pochylił głowę. - Oczywiście nie kwestionujemy zaleceń Rady, wiemy, że robicie wszystko, by sprowadzić dziewczęta z powrotem. Jeśli pozwolisz, chciałbym pomóc.
    Dervil westchnęła i zbyła to machnięciem ręki. Miała wystarczająco problemów w Radzie, kiedy czarownice zaczynały się kłócić, każda zaznaczając swoje zdanie. Musiała zdusić te sprzeczki, by wreszcie móc zacząć działać. Wiedziała, że chłopiec powiedział prawdę, w tej chwili Rada robiła niewiele. Zbyt często musiała powoływać się na swój autorytet, by nie dopuścić do popełniania błędu.
    - Lepiej będzie, jeśli zajmie się pan własnymi sprawami, panie O'Riley. Rada wie, co robi. - Westchnęła i wykonała gest dłonią, sugerujący, by rodziny zaginionych sobie poszły. - Później ktoś poinformuje was o decyzji Rady.
    Wśród mamrotania i szurania butami rodziny opuściły salę. Dervil usiadła na jednym z wysokich krzeseł i przeczesała ręką włosy. Czasami miała dość tego, że zawsze musiała być tą odpowiedzialną, że zawsze to od niej zależał los mieszkańców. A teraz będzie trzeba zdecydować, co zrobić z Shane'em O'Connellem. Właściwie głosowanie było tylko formalnością, kara za opuszczenie miasta była jedna od setek lat – wygnanie. To oznaczało, że nawet jeśli ten narwany młodzieniec zdoła odnaleźć zagubione czarownice i przeżyć spotkania z łowcami, nie będzie mógł wrócić. Już był martwy. Podpisał na siebie wyrok w chwili opuszczenia miasta.
    - Proszę mi wybaczyć...
    Podniosła wzrok, niezadowolona, że jednak nie została sama. Spojrzała na stojącego w drzwiach Rory'ego i gestem zachęciła go, by mówił. Prędzej czy później i tak by to powiedział.
    - Wydaje mi się, że Ciunas ma większy problem niż Shane. Źródło jest tutaj, prawda? W mieście.
    Bystry, za bystry, gdyby ktoś pytał ją o zdanie. Wstała, narzucając na ramiona błękitny szal, zmierzyła go chłodnym spojrzeniem, nie okazując uznania, jakie wobec niego czuła. Zatrzymała się kilka kroków przed nim.
    - Czy zdajesz sobie sprawę, że właśnie oskarżyłeś Krąg o zdradę?
    - A nie zdradził?
    Touche.
    - Takie oskarżenia mogą sprowadzić na ciebie kłopoty, O'Riley. Następnym razem zastanów się, co i w czyjej obecności mówisz. Oskarżasz kogoś o zdradę. Nie wiesz kogo.
    Nachmurzył się, ale zrozumiał. Popełnił błąd, mówiąc o tym, ale komu miał zaufać, jeśli nie przewodniczącej Rady? Dervil była jedyną nadzieją na to, że Siobhan i Ciarze nic się nie stanie. Nie do końca wierzył w to, że Shane zdoła nad sobą zapanować i nie wpakuje ich w kolejne kłopoty. Oby tylko do nich dotarł. I zatrzymał, nim sprawa w Ciunas się nie rozwiąże.
    - Idź już, muszę spotkać się z Radą.
    Nieznacznie kiwnął głową, spoglądając w jej chłodne oczy i wyszedł.
    Dervil mogła chcieć odciągnąć go od węszenia, ale on nie zamierzał siedzieć i czekać. Musi odnaleźć zdrajczynię i dopilnować, by została unieszkodliwiona. Aby Siobhan i Ciara mogły bezpiecznie wrócić.

    Drzwi trzasnęły, kiedy rudowłosa czarownica wpadła do damskiej toalety. Gorączkowo rozglądała się w poszukiwaniu drugiego wyjścia, nie zwracając uwagi na to, że inne kobiety obrzucały ją wyniosłymi spojrzeniami. Nie ma, nie ma drugiego wyjścia. Oczywiście! Drzwi nigdy nie było, kiedy miały okazję się przydać! Przeklęte drewniaki, już ona skopie im zawiasy...
    Wzięła głęboki wdech, jej spojrzenie napotkało przerażoną rudowłosą kobietę. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że patrzy w lustro. Wyglądała aż tak źle? Nic dziwnego, że obrzucano ją spojrzeniami, pewnie uznano, że jest wariatką. Zacisnęła dłonie na umywalce. Zero pomocnych drzwi, dużo nieustępliwych ścian.
    Myśl, Siobhan, co możesz z tym zrobić?
    Oczywiście. Przejść przez ścianę i pokazać jej, kto tu rządzi. Obejrzała się za siebie, na szczęście została sama. Teraz chwila skupienia i... jej ciało przeniknęło przez ścianę. Wydostała się z damskiej toalety, żeby trafić do... jaskini rozpusty. Szeroko otworzyła oczy, widząc dwóch mężczyzn „załatwiających swoje sprawy” przy bidetach. Męska toaleta.
    Pisnęła i zakryła oczy dłońmi, przepraszając głośno i kierując się po omacku do – jak miała nadzieję – wyjścia.
    - Naprawdę, przepraszam, niczego nie widziałam, już stąd znikam, tak mi przykro...
    Oj, chciałaby niczego nie widzieć, jednak ten obraz utrwalił się w jej mózgu i nie chciał zniknąć. Pierwszy raz w życiu widziała nagiego mężczyznę od TEJ strony i wcale jej się to nie spodobało.
    Krzyknęła, kiedy ktoś chwycił ją za ramię i pociągnął w lewo. Chciała otworzyć oczy, ale myśl, co jeszcze może zobaczyć zmroziła ją do tego stopnia, że pozwoliła dociągnąć się do – jak sądziła – drzwi. Ktoś wypchnął ją przez nie i zamknął z cichym trzaskiem, po drugiej stronie rozległy się głośne śmiechy i docinki, które wciąż słyszała.
    Propozycje wykrzykiwane przez mężczyzn były co najmniej niemoralne. Prychnęła i wreszcie odważyła się otworzyć oczy, by przekonać się, kto i dokąd ją wyprowadził. Zbladła, napotykając znajome ciemne oczy i złośliwy uśmieszek.
    - Postanowiłaś zafundować sobie małe przedstawienie? Napatrzyłaś się chociaż, rudzielcu?
    - Ja nie... ja...
    - Nie? - Chwycił za klamkę z rozbawieniem. - Chcesz tam wrócić?
    Co?!
    - NIE!
    - Tylko tyle masz do powiedzenia? Jesteś pod aż tak dużym wrażeniem? - Założył ręce na piersi, nadal uśmiechając się złośliwie.
    Prychnęła, powoli odzyskując nad sobą panowanie.
    - Wypchaj się, Kist. Co teraz, zasztyletujesz mnie pod męską toaletą?
    Ciekawy pomysł, uznał, lustrując ją uważnie. A potem popełnił ten błąd, że powiedział to na głos. Siobhan gwałtownie zaczerpnęła powietrza, wychwytując tę dwuznaczną uwagę. Zacisnęła dłoń w pięść. A potem wzięła zamach i grzmotnęła go prosto w tę jego śliczną buźkę. Zatoczył się lekko, bardziej z zaskoczenia niż z powodu jej ciosu, a w jego oczach pojawiło się przeogromne zdumienie. Nim się otrząsnął, ona już wbiegła w tłum ludzi i popędziła na schody. W górę. Tamtędy się nie wydostanie.
    Skrzywił się i rozmasował szczękę. Musiał przyznać, że dziewczyna miała naprawdę dobry sierpowy. Ten, kto ją tego nauczył, powinien być dumny. Zerknął na zielony szal, który wetknął sobie za pasek spodni i z westchnieniem ruszył za czarownicą. Nie ucieknie mu tak łatwo. I wcale nie potraktuje jej ulgowo, jak miał zamiar to zrobić.

    Wpadła na ruchome schody, krzyknęła, kiedy zaczęły nieść ją w górę, ale szybko się opamiętała i wbiegła po nich na szczyt. Nie oglądając się za sobie wskoczyła na kolejne schody, podążając wyżej i wyżej. Wiedziała, że ją goni, nie potrzebowała na to dowodów. Przeskakiwała po dwa stopnie, kilka razy omal się nie przewróciła, ale nie zatrzymała ani na moment. Nie zastanawiała się nad tym, dokąd biegnie, ani dlaczego to robi, chciała tylko zgubić łowcę. Po części liczyła na to, że na górze będzie więcej ludzi i oni zapewnią jej bezpieczeństwo, przecież nie zaatakuje jej przy świadkach, prawda? Niestety, im wyżej, tym ludzi było mniej. Budynek okazał się drogim hotelem, a apartamenty na górnych piętrach z pewnością grzeszyły swoją ceną.
    Biegła, kiedy usłyszała za sobą kroki. Tuż za nią. Przyspieszyła, to na niewiele się zdało, łowca prawie się z nią zrównał. Na wyjącą Banshee, dlaczego uwziął się właśnie na nią?!
    Bo dałam mu w zęby?
    Zatrzymała się gwałtownie, dopadając otwartych drzwi balkonowych. Wyszła, chcąc szybko je zatrzasnąć, ale nie zdążyła. Pchnął drzwi i wyszedł za nią. Mrok w jego oczach absolutnie ją przeraził.
    - Koniec tej zabawy, wiedźmo.
    - A może jeszcze jedna rundka? I dałbyś mi jakieś pół godziny forów?
    Parsknął i zagroził jej palcem.
    - Nigdzie nie pójdziesz, czarownico. Nie mam zamiaru uganiać się za tobą po raz kolejny. Jakieś ostatnie życzenie?
    - A mogę sobie życzyć, żebyś mnie puścił?
    Westchnął, zbliżając się do niej wolnymi krokami, podczas gdy ona ciągle się cofała. Zamarła, kiedy jej plecy dotknęły barierki.
    - Nie masz już dokąd uciec, co? Koniec gry, rudzielcu.
    Zacisnęła palce na barierce, rzucając mu ostatnie błagalne spojrzenie. Nie zadziałało, więc błyskawicznie się obróciła i wspięła na poręcz. Zachwiała się, z trudem utrzymując równowagę. Spojrzenie w dół nie pomogło, na samą myśl, jak wyglądałby upadek zrobiło jej się słabo.
    - Nie bądź głupia, wolisz skoczyć?
    Oto jest pytanie. Ależ jesteś głupia, Siobhan, stoisz nad przepaścią i cytujesz Szekspira.
    Obejrzała się przez ramię, dostrzegła wyciągniętą ku niej ręką i błyskawicznie podjęła decyzję. Zamknęła oczy i skoczyła.