UWAGA!

W związku z małą ilością czytelników, zdecydowałyśmy o zawieszeniu
bloga do czasu, aż będziemy miały co najmniej czworo czytelników.
Pozostałe rozdziały będziemy udostępniać na Słowiku stałym czytelnikom,
najprawdopodobniej po kilka lub kilkanaście rozdziałów w nieokreślonych
terminach. Pozdrawiamy.

Słowik

Zapraszamy zatem na Słowika [klik], gdzie powstał oddzielny folder
"Szczypta magii", tam znajdziecie galerię postaci oraz słowniczek pojęć
(nie musicie mieć konta na chomiku, żeby przeglądać). Chomik jest tylko
dla czytelników. Jeśli ktoś jeszcze nie ma hasła (lub zapomniał), a chciałby
mieć, piszcie, podamy:) Zapraszamy też do komentowania postaci (tutaj lub
na chomiku), po pojawieniu się nowej postaci w rozdziale, pojawia się
również na Słowiku w folderze Galeria postaci:)

10.09.2017

Rozdział XIII. Dziewczyna gangstera

    Przeraźliwie głośny dźwięk klaksonu i pisk opon gwałtownie hamującego pojazdu wciąż dźwięczał im w uszach, kiedy tramwaj zaledwie o milimetr ominął ich motocykl. Pasażerowie tramwaju z przerażeniem wpatrywali się w ciemnowłosą kobietę w skórzanym stroju oraz siedzącego za nią jasnowłosego młodzieńca, którzy o mały włos nie wpadli pod pojazd.
    Melissa wydała z siebie głośny okrzyk triumfu.
    - Udało się! Wow, to było szaleństwo!
    - Nie da się zaprzeczyć – potwierdził Shane, oglądając się za siebie i wciąż trzymając dziewczynę w pasie.
    Skręcili w lewo i gnali przed siebie, słysząc tylko od czasu do czasu klaksony samochodów, które mijali w tym szaleńczym pędzie. W końcu wjechali w jakąś wąską uliczkę, minęli ostatnie zabudowania i wreszcie zatrzymali się przy opuszczonym, do połowy zawalonym budynku, zarośniętym gęstymi chaszczami.
    - Zgubiliśmy ich, ale nie na długo – stwierdziła brunetka, schodząc z pojazdu. Mężczyzna puścił ją i również zszedł z motocykla. Musiał przyznać, że wrażenia były niezapomniane, a najważniejsze, że po drodze nikt nie zginął pod kołami ich pojazdu. Odetchnął głęboko, zdając sobie sprawę, że w ciągu ostatniej godziny kilka razy groziła mu śmierć. A jednak wciąż żył. Najwyraźniej nie tak łatwo było zabić syna czarownicy. Co nie zmieniało faktu, że bolała go szczęka i ramię, ale to i tak niewiele w porównaniu z tym, co mogło go spotkać.
    Zerknął na dziewczynę, która stała i rozglądała się niespokojnie. Spojrzała na niego i przygładziła ręką czarne odstające kosmyki, przeglądając się w lusterku motocykla.
    - Myślisz, że nie odpuszczą? - spytał Shane, nasłuchując warkotu pojazdów. Na szczęście wokoło panowała cisza.
    - W życiu. - Dziewczyna pokręciła głową. - Musimy wyjechać z Los Angeles. Tylko nie bardzo wiem, dokąd. - Oparła się o siedzenie motocykla, marszcząc czoło i nosek. Zupełnie jak Ciara, kiedy nad czymś myśli, przemknęło przez myśl Shane'owi.
    - Nie mogę wyjechać, szukam tu mojej ukochanej i przyjaciółki – odezwał się. Sięgnął do plecaka i wyjął zdjęcie.
    - Ukochanej? - Melissa spojrzała na niego ze zdumieniem. - Poważnie? - Wzięła fotografię i pokręciła głową. - Nie kojarzę żadnej z nich. - Oddała mu zdjęcie i przez chwilę przyglądała mu się uważnie. - Myślałeś, że porwał je gang?
    - Gang? - Shane pokręcił głową. - Nie, na skrzydła Morrigan, oby nie.
    - Gdyby tak było, pewnie bym je kojarzyła. - Dziewczyna zmarszczyła brwi. - To czemu właściwie mi pomogłeś? Jaki masz w tym interes?
    - Interes? Nawet cię nie znam. - Shane wzruszył ramionami i schował zdjęcie. Dla niego było to oczywiste. - Potrzebowałaś pomocy. Ten drań cię bił, miałem siedzieć i się temu przyglądać?
    - Inni tak właśnie robili. - Dziewczyna westchnęła i wyciągnęła rękę. - Melissa Calderwood.
    - Shane O'Connell. - Podał jej dłoń i uśmiechnął się szeroko. - Jak widać, ja jestem lepszy od innych.
    - Niewątpliwie. - Wbiła w niego spojrzenie swoich lekko podkrążonych, fiołkowych oczu. - Tylko że ja nie wierzę w bezinteresowność. Rzuciłeś się na gangsterów z samymi pięściami, śmigałeś między kulami, o mało nie zginąłeś, trochę oberwałeś i teraz jesteś na ich celowniku. Mam uwierzyć, że zrobiłeś to tak po prostu, bo... postanowiłeś zostać bohaterem, ratującym damy z opresji? Mamy dwudziesty pierwszy wiek, era szlachetnych rycerzy już dawno za nami. - Skrzyżowała ramiona na piersi.
    Irlandczyk przyglądał jej się przez chwilę.
    - Tam, skąd pochodzę, każdy spróbowałby ci pomóc, w taki czy inny sposób.
    - A skąd pochodzisz? - zainteresowała się Melissa. - Z filmu science fiction?
    - Nie, z niewielkiego miasteczka w Irlandii. - Sięgnął po plecak. - Jesteś głodna? - Wyjął paczkę chrupek. - Mam jeszcze konserwy i chleb.
    - Czemu nie. - Przysiadła na murku, będącym pozostałością z zawalonego budynku i otworzyła chrupki. - No dobra, niech ci będzie, bohaterze. Tylko co teraz? - Zerknęła na niego. - Zostawisz mnie tutaj i pójdziesz szukać swoich dziewczyn?
    Shane zostawił plecak na ziemi, usiadł obok niej na murku, otworzył swoją paczkę chrupek i spojrzał na nią w zamyśleniu.
    - Pomogę ci wyjechać – zdecydował. - Nie wiem, gdzie są moja ukochana i przyjaciółka, wiem tylko, że w Los Angeles. Ale nie mam pojęcia, w której części, niewykluczone, że natknę się na nie po drodze.
    - I co, zamierzasz przeszukać całe LA, zapukać do każdego domu, zajrzeć do każdej dziury? - Melissa zeskoczyła z murku i przegryzając chrupka, podeszła do motocykla. - To ogromne miasto. Lepiej, jeśli wyjedziesz na jakiś czas, przynajmniej póki ci dranie nie zajmą się kim innym.
    - One mnie potrzebują. Będę więc szukał, póki nie znajdę. - Shane spojrzał na nią stanowczo.
    - Nie możesz zostać, zabiją cię. - Zdjęła czarny pas wiszący u siedzenia. - O, druga spluwa, super. Wiesz, kim jest facet, którego ludzi pobiłeś? - Brunetka zerknęła na niego przelotnie i zajęła się oglądaniem broni.
    - Delgado, gangster. Nie martw się o mnie, dam sobie radę. - Irlandczyk patrzył na nią pewnym siebie wzrokiem. - Poza tym, czemu uważasz, że nie odpuszczą? Ten Delgado tak bardzo chce cię odzyskać? Jesteś jego... żoną?
    - Ależ skąd. Nie, nie tyle chodzi mu o mnie – Melissa machnęła ręką – co o to. - Podeszła do bagażnika i otworzyła czarną teczkę, którą zabrała ze sobą. Shane zeskoczył z murku, podszedł bliżej i zajrzał do niej z zainteresowaniem. Na widok zawartości zatrzymał się jak wryty.
    Teczka była pełna pieniędzy.

    - Mogę panu jakoś pomóc?
    Ciara uśmiechnęła się życzliwie do młodego mężczyzny, który już od pół godziny krążył po kwiaciarni, przyglądając się kwiatom, jakby nie mógł się zdecydować.
    - Właściwie to tak... Spotykam się od pewnego czasu z kobietą – zaczął ściszonym głosem – ale nie mam pojęcia, co ona do mnie czuje. Bardzo lubi kwiaty. Twierdzi, że każdy coś znaczy i tak dalej... a ja się na tym kompletnie nie znam. Jeśli podaruję jej zbyt śmiałe kwiaty, może się wycofać, a nie chcę jej przestraszyć...
    Ciara skinęła głową i zastanawiała się przez chwilę.
    - Jakie są jej ulubione kwiaty?
    - Chyba każde. - Mężczyzna rozłożył ręce w geście bezradności.
    - Proponuję bukiet z frezji oraz białych i bladoróżowych róż. Frezje mówią: obdarz mnie miłością – wyjaśniła – a białe róże to obietnica wierności, mówią: jesteś warta, by cię kochać, natomiast bladoróżowe to wyraźna zapowiedź uczuć.
    Klient podrapał się po głowie i niepewnie uśmiechnął do Irlandki.
    - I pani to wszystko pamięta?
    - Oczywiście. Zrozumienie mowy kwiatów to nic trudnego. Wystarczyć ich posłuchać.
    Mężczyzna zaśmiał się krótko, najwidoczniej uznając to za żart. Ciara uśmiechnęła się. Kwiaty, podobnie jak inne rośliny, oczywiście nie mówiły, ale jak każda czarownica związana z ziemią potrafiła je wyczuć. Ich naturę, którą w wolnym tłumaczeniu można było przełożyć na ludzki język. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że sporo ludzi zna mowę kwiatów, nawet jeśli ich nie wyczuwa i spisują ich znaczenie. W sklepie znalazła katalog, który co prawda nie był do końca rzetelny, ale bardzo bliski prawdy w symbolice kwiatów.
    Czarownica podeszła do lady i sprawnie ułożyła zamówiony bukiecik. Sandra, znajoma Iana, właśnie kończyła swoją wiązankę dla innego klienta i posłała blondynce miły uśmiech. Ciara odpowiedziała tym samym, dopracowując bukiet. Na koniec wyszeptała krótkie zaklęcie, dzięki któremu, jeśli uczucie obojga ludzi było szczere, rozkwitnie jak najpiękniejsze kwiaty.
    - Proszę. Mam nadzieję, że jej się spodoba.
    - Będzie zachwycona – odparł mężczyzna, wziął bukiet, zapłacił i ruszył do drzwi.
    - Proszę pana, jeszcze reszta. - Blondynka pospiesznie wyliczyła drobne i pobiegła za klientem.
    - Proszę zatrzymać resztę. - Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i wyszedł, zostawiając Ciarę z gotówką w dłoni.
    - Nie wiem, jak ty to robisz, dziecinko, ale to już trzeci taki klient. Niedługo na samych napiwkach zarobisz więcej niż przy kasie – roześmiała się Sandra. Ciara spojrzała zmieszana na pulchną czterdziestolatkę, niewysoką, o jasnych oczach otoczonych siecią zmarszczek, takich, które tworzą się od częstego śmiechu. Zawsze wesoła, pogodna, życzliwa, miała w sobie tyle sympatii i humoru, że nie można jej było nie lubić.
    - Aż mi trochę głupio – mruknęła czarownica, wracając za ladę. Chciała wrzucić pieniądze do kasy, ale Sandra złapała ją za rękę.
    - W kasie musi się zgadzać, przecież cię uczyłam. Jeśli będzie za dużo, pójdzie do kieszeni szefa, a to przecież twoje pieniądze. Uczciwie je zarobiłaś, dziecinko.
    Ciara westchnęła i skinęła głową. Przypomniała sobie szefa, wysokiego, potężnej postury mężczyznę, surowego, z lekką nadwagą i lekceważącym spojrzeniu. Od razu nie przypadł jej do gustu. Kiedy rano poszła do niego w sprawie pracy, zlustrował ją takim wzrokiem, że przeszły ją ciarki. Jednakże zgodził się zatrudnić ją na okres próbny.
    Sandra była ogromną pomocą dla czarownicy. Na szczęście Ciara szybko zorientowała się, jak obsługiwać kasę, z robieniem bukietów nie miała żadnych problemów. Poza tym, otoczona była kwiatami, mnóstwem kwiatów, przepięknych, pachnących i szeleszczących liśćmi, jakby próbujących zwrócić na siebie jej uwagę. Z fascynacją opowiadała klientom, co oznaczają kupowane przez nich rośliny, jak o nie dbać, pielęgnować je.
    - Z kwiatami trzeba rozmawiać – tłumaczyła dziewczynie, która skarżyła się, że pomimo pielęgnacji jej rośliny usychają. - Kwiaty też żyją, nie wolno o tym zapominać. A każdy kwiat wymaga innej opieki – dodała. Służyła poradą każdemu, kto kupował lub pytał o kwiaty. A najlepsze było to, że w końcu ujrzała tak wiele gatunków, których nie miała szansy znaleźć w Ciunas. Nawet jeśli nie znała wszystkich nazw, od razu wiedziała, czego potrzebują i jak się nimi zająć.
    Po całym dniu pracy czarownica była już naprawdę zmęczona. W końcu kwiaciarnia opustoszała. Sandra pomogła jej zamknąć kasę i usiadła na krześle za ladą. Szef już dawno wyszedł, były więc same.
    - I jak ci się podoba ta praca? - zapytała kobieta.
    - Jest wspaniała. Tyle tu pięknych kwiatów. - Ciara zamiotła podłogę, po czym oparła się o ladę i z zachwytem rozejrzała po ogromnej kwiaciarni. Po jednej stronie stały wazony z wodą, a w nich kwiaty do bukietów. Po drugiej mnóstwo doniczek z zasadzonymi w nich roślinami, od całkiem małych kwiatków, po ogromne donice z drzewkami. Kiedy czarownica weszła tu po raz pierwszy, zatrzymała się oszołomiona. Przypomniała sobie kwiaciarnię w Ciunas, była duża i okazała, jednak ta zdecydowanie ją przebiła. Może kiedyś ja też będę taką miała, rozmarzyła się.
    - Od razu widać, że masz rękę do kwiatów. Aż bije od ciebie entuzjazm. Nic dziwnego, że dzisiaj mieliśmy taki ruch. Pracuję tu już od dwóch lat, a nie pamiętam, żeby w zwyczajny dzień przewinęło się tylu klientów. - Pokręciła głową z uśmiechem.
    - To chyba dobrze. - Ciara posłała jej zmęczony uśmiech.
    - Znakomicie. Tylko... uważaj na szefa. Wiesz, ja już jestem za stara, poza tym mam męża, ale ty to co innego. - Sandra zerknęła na nią znacząco.
    - Co chce pani przez to powiedzieć? - Ciara spojrzała na nią z niepokojem.
    - Po prostu unikaj spotkania z nim sam na sam. Wiesz, niektórzy mężczyźni dziwnie reagują na ładne dziewczyny. I żadna pani, mam na imię Sandra. - Kwiaciarka uśmiechnęła się i wstała, słysząc klakson samochodu. - To pewnie po ciebie. Koniec na dzisiaj. Bądź jutro przed ósmą.
    - Dobrze. I bardzo dziękuję ci za tę pracę. Dużo dla mnie znaczy. - Ciara spontanicznie uścisnęła kobietę, po czym wyszła na zewnątrz, gdzie już czekał samochód Iana. - Do widzenia!
    - Do zobaczenia jutro – rzuciła Sandra, gasząc światła, a czarownica po chwili siedziała już w aucie obok Iana.
    - Po twojej minie wnioskuję, że praca przypadła ci do gustu. Wyglądasz na zmęczoną, ale zadowoloną. - Mężczyzna spojrzał na swoją towarzyszkę i uruchomił samochód. Ciara włączyła radio i skinęła głową.
    - Dokładnie, to coś w sam raz dla mnie – odparła, uśmiechając się do niego. - To niesamowite miejsce. A kwiaty... wiesz, że nawet nie znałam niektórych gatunków? I klienci byli bardzo mili. - Dziewczyna przez chwilę opowiadała o swoim dniu, a Ian zerkał na nią z uśmiechem. - A jak tobie minął dzień?
    - Cóż, dzień jak co dzień. Mieliśmy sporo pracy, ale szybko się uwinęliśmy ze zleceniami. Pracowałyście tylko we dwie z Sandrą?
    - Tak, miał być ktoś jeszcze, ale nie mogła przyjść, rozchorowała się. Dałyśmy radę we dwie. - Spojrzała na Iana. - Nie wiem, jak mam ci dziękować za tę pracę...
    - Możesz mi dać całusa – podpowiedział brunet, zerkając na nią przekornie.
    Ciara zamrugała i spojrzała na niego dużymi oczami, potem uśmiechnęła się, przechyliła w jego stronę i pocałowała w policzek.
    - Dziękuję.
    Mężczyzna roześmiał się.
    - No, na początek może być.
    - To jeszcze zrobię ci kolację – obiecała dziewczyna.
    - Mam lepszy pomysł. Oboje jesteśmy zmęczeni, więc zamiast siedzieć w kuchni, zamówimy pizzę i włączymy jakiś film. Co ty na to?
    - Pizzę? - Czarownica spojrzała na niego niepewnie. - Chyba nie kojarzę tej potrawy...
    - W takim razie koniecznie musisz spróbować. - Ian uśmiechnął się szeroko i zatrzymał auto przed blokiem.

    Melissa zamaszystym ruchem zamknęła teczkę i wyszczerzyła swoje równe, białe ząbki w szerokim uśmiechu.
    - Sporo szmalu, co?
    - Na wrzeszczącą banshee, ukradłaś mu pieniądze?!
    Brunetka pokręciła głową.
    - Niezupełnie. To kasa za przemyt. Nielegalna. Należy mi się po dwóch latach męczarni z tym draniem. Właśnie wracaliśmy z zawartej transakcji do rezydencji Delgado w San Diego. Tutaj, w Los Angeles, miał czekać kupiec, a kiedy wszystko poszło zgodnie z planem, w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w barze. Wiesz, od jak dawna planowałam ucieczkę? I zawsze zabrakło mi odwagi. Każdy plan wydawał się niedopracowany, zbyt ryzykowny. Spróbowałam na samym początku i źle się to skończyło. - Westchnęła i spojrzała na Shane'a. - Ale teraz nie dam mu się złapać. Nigdy więcej. Wiesz, właściwie to nie jest taki głupi pomysł, żeby zostać w Los Angeles. Przecież nie wpadną na to, że zostaniemy tutaj mimo zagrożenia z ich strony. Będą czyhać na nas przy granicy. - Podała mu jeden z pistoletów.
    Mężczyzna wziął broń i obejrzał ją z zaciekawieniem.
    - Jak się z tego... strzela?
    - Hej, nie celuj we mnie. Naprawdę nigdy nie widziałeś pistoletu?
    Irlandczyk pokręcił głową.
    - Nawet w filmach?
    - Nie do końca wiem, o czym mówisz. - Shane westchnął, opuszczając broń. - Ale umiem rzucać nożem i strzelać z łuku.
    - Z łuku? Poważnie, z łuku? To nie czasy Robin Hooda. - Dziewczyna pokręciła głową, podeszła i pokazała, jak powinien trzymać pistolet. - Łuk ci się raczej nie przyda, prędzej kusza, ale nie mamy takowej na stanie. Najprościej nauczyć się strzelać z broni. Tu odbezpieczasz, a tu wymieniasz magazynek. Mówisz, że w waszym miasteczku nie ogląda się telewizji? To co robicie całymi dniami?
    Shane wzruszył ramionami.
    - Wiele rzeczy. Gramy, trenujemy, spotykamy się z przyjaciółmi, pieczemy kiełbaski w ognisku, urządzamy przyjęcia, tańce, mężczyźni uczą się walczyć...
    - Mężczyźni? A kobiety czego się uczą?
    - Kobiety uczą się... różnych innych rzeczy. - Shane zerknął na nią z wahaniem.
    - Prać, gotować, sprzątać? - Skrzywiła się.
    - No, nie tylko. Chyba już dość późno – stwierdził Irlandczyk, zerkając w górę. - Nie powinniśmy poszukać noclegu?
    - Niedaleko stąd jest taki mały, niedrogi hotel, możemy tam przenocować. Ale najpierw... - Sięgnęła po pas z nabojami i wzięła od niego pistolet. - Najpierw nauczę cię strzelać. Bez tego nie przeżyjesz długo na ulicach LA. Na razie mamy spory zapas naboi, potem się dokupi. - Stanęła obok niego i włożyła mu broń w rękę. - To tak. Jak strzelasz, nie trzymaj za blisko twarzy, bo będzie odrzut. Tutaj ładujesz naboje – zademonstrowała – a tu odbezpieczasz. Celuj w największą część ciała, żeby porządnie kropnąć gościa, bo jak strzelisz i nie trafisz, to możesz nie mieć drugiej szansy.
    - W sensie... mam go zabić? Nie chcę nikogo zabijać – odparł Shane stanowczo.
    - To celuj w ramię. Najlepiej prawe, chyba że trzyma broń w lewej. Jak jest dużo wrogów, to trudno zauważyć, który gdzie trzyma broń, ale możesz zwrócić na to uwagę. Nie strzelaj na oślep, ot tak, że może trafisz, chyba że masz dużo naboi na zbyciu. Ale lepiej dobrze wycelować i puff. Tutaj pociągasz za spust. Spróbuj.
    Shane skinął głową, wyciągnął przed siebie broń i pociągnął tak, jak pokazała mu Melissa. Od huku wystrzału zaszumiało mu w uszach, ale powtórzył czynność.
    - No dobra, strzelać już umiesz. Brawo, bohaterze, pierwsze koty za płoty. Teraz musisz jeszcze nauczyć się trafiać. - Popchnęła lekko jego rękę z bronią w dół i weszła między ruiny. - O, mamy butelki! Trochę porozbijane, ale się nadadzą. - Przyciągnęła worek ze śmieciami, skąd wystawały wspomniane butelki. Ustawiła je na murku i podeszła do Irlandczyka. - Teraz musisz wycelować. Patrz, jak ja to robię. - Wystrzeliła, trafiając w pierwszą butelkę, po chwili rozwaliła również drugą. - Teraz ty.
    Shane skinął głową i wystrzelił, potem kolejny raz. Butelki nadal stały nietknięte. Mężczyzna podniósł broń wyżej, marszcząc czoło. Jak niby mam z tego trafić?, zastanawiał się.
    - Źle to robisz. - Brunetka podeszła, stanęła za Shane'em, podniosła jego dłoń z pistoletem i skierowała w stronę butelki. - Spójrz, musisz patrzeć tutaj. - Ustawiła go do strzału. - Kapujesz?
    Skinął głową i wystrzelił. Butelka pękła. Na twarzy Shane'a ukazał się szeroki uśmiech.
    - Ach, to teraz już wiem, o co chodzi!
    - No to luz, ćwicz, celuj i zbijaj butelki, wszystkiego można się nauczyć. Jak nie chcesz kropnąć gada w łeb albo w serce, to musisz wycelować w ramię i nie spudłować.
    - Że co? - Nie zrozumiał Irlandczyk, przyglądając się jej ze zdziwieniem. - Czasem trudno mi zrozumieć to, co mówisz.
    - Ja też twoich irlandzkich powiedzonek czasem nie czaję. - Wzruszyła ramionami. - Banshee, skrzydła morgan?
    - Morrigan.
    - Mniejsza z tym, i tak nie znam tego ptaka. Po prostu wyceluj, strzel, traf i tyle.
    Blondyn pokręcił głową, wycelował i zestrzelił butelkę.
    - Brawo, bohaterze, oby tak dalej. - Melissa uśmiechnęła się szeroko, a już po chwili stała z oczami okrągłymi jak spodki, gdy wszystkie butelki po kolei pękały od kul Shane'a. - Ożeż ty, na pewno nie miałeś wcześniej broni w ręku?!
    - Takiej nie – odparł zadowolony z siebie mężczyzna, trafiając w ostatnią butelkę.

    - Co do cholery?! - zaklął Ian, rozglądając się po mieszkaniu. Wyglądało, jakby przeszło po nim tornado. Przewrócony regał, rozsypane książki, a wokół rozbite szkło. Roztrzaskana doniczka pod parapetem. Ian zatrzymał Ciarę, która chciała przejść dalej i ostrożnie wszedł do kuchni, gdzie jęknął na widok bałaganu i zniszczeń.
    - Co tu się stało? - spytała czarownica, wyglądając zza mężczyzny. Ujrzała porozrzucane szkła, rozbity dzbanek i ogromną plamę po herbacie na wykładzinie. A na środku kuchni siedział spokojnie czarny kotek, liżąc łapkę. Na widok Ciary zamiauczał głośno i spojrzał na nią niewinnym wzrokiem.
    - No nie. Nie wierzę. To wszystko jego robota?! - Ian rozejrzał się po mieszkaniu. Czarownica, widząc jego minę i wściekłe spojrzenie, jakie rzucił Farmazonowi, wyminęła go i pospiesznie wzięła kota na ręce.
    - Daj spokój, tylko nie krzycz na niego, bo będzie mu przykro. To na pewno nie jego wina.
    - Nie no, świetnie, nawet nie wolno na niego nakrzyczeć. - Mężczyzna założył ręce na piersiach, powstrzymując wybuch gniewu. - Czy on zrobił sobie imprezę w moim mieszkaniu i sprowadził wszystkich dachowców z okolicy?! Wygoń go natychmiast. Mówiłem ci, że to nie jest kot domowy.
    - Posprzątam, dobrze? Nie krzycz na niego. - Ciara głaskała kota, rozglądając się po kuchni. Koty są mądre. Farmazon nie zrobiłby czegoś takiego. To nie on, pomyślała. Wolała jednak poczekać, aż Ian się uspokoi albo sam do tego dojdzie.
    Brunet westchnął z rezygnacją. Nie wiedział, co tu się stało, ale pierwsza myśl – że to robota kota przygarniętego przez jego magiczną lokatorkę – wydała mu się teraz mało prawdopodobna. Otworzył lodówkę i sięgnął po piwo. Zmarszczył brwi, gdy go nie znalazł. Był pewien, że miał jeszcze jedno. Zamknął lodówkę i zrezygnowany rozejrzał się po kuchni. Wtem jego wzrok zatrzymał się pod stołem, gdzie leżała pusta butelka po piwie. Ian zmarszczył brwi.
    - Albo mieliśmy nieproszonego gościa, albo twój czarny kot wypił mi piwo – stwierdził, zerkając podejrzliwie na Farmazona. Skoro istnieją czarownice, które przenoszą przedmioty, rzucają ludźmi i straszą psy, to może ich koty piją alkohol? Jakby na potwierdzenie tej teorii, czarny kocur oblizał pyszczek i spojrzał wymownie na Iana.
    - Nieproszonego gościa? - Ciara spojrzała na niego z przestrachem. - Może to łowca? Jeśli tak, to wszystko przeze mnie. Tak mi przykro. - Podniosła przewrócone krzesło, usiadła i lekko przytuliła ulubieńca. Podniosła na Iana swoje duże szare oczy, w których czaił się lęk.
    - Spokojnie, to żaden łowca. Najpewniej włamywacz. I nie wydaje mi się, by włamał się tutaj ze względu na ciebie. - Ian westchnął i przypomniał sobie, że drzwi nie były zamknięte. Pomyślał wtedy, że widocznie zapomniał o tym, gdy wychodzili, ale teraz nie był już tego taki pewien. Teorię o kocie czarownicy szybko wyrzucił z głowy. Chyba zaczynam tracić zmysły, skoro wierzę już w takie rzeczy.
    - Skąd wiesz, że to nie łowca? - Ciara gwałtownie pokręciła głową. - Ktoś mógł widzieć, jak używałam czarów wtedy, przy żywopłocie. Ależ ja jestem głupia...
    - Spokojnie, nie panikuj. - Ian kucnął obok niej i wziął ją za rękę, nie zważając na niechętne parsknięcie kota. - Nic ci nie grozi, nie pozwolę cię skrzywdzić. Obiecuję. Łowca czy włamywacz, jeśli się dowiem, kim jest, będzie uciekał w podskokach. Nie bój się, tancereczko. Obronię cię – zapewnił, czując złość na drania, który zdemolował mu mieszkanie i przestraszył dziewczynę.
    Czarownica skinęła głową i wzięła głęboki wdech.
    - Przepraszam. Oczywiście, że nie damy się żadnemu łowcy. Przecież jestem czarownicą, z rodu potężnych MacCoinneach'ich. Jeśli ten drań spodziewa się bezbronnej małej wiedźmy, to się srogo rozczaruje. - Dziewczyna przybrała stanowczą minę, a Farmazon wygiął grzbiet i zamruczał gniewnie.
    - No i to chodziło. - Ian uśmiechnął się, pogłaskał Ciarę po policzku i wstał. Podszedł do okna, pochylił się i ledwo powstrzymał cisnące mu się na usta przekleństwo.
    - Coś się stało? - Czarownica wstała i podeszła bliżej, ale mężczyzna wyprostował się i pokręcił przecząco głową.
    - Nie, nie, nic, tylko trzeba tu posprzątać. - Westchnął na myśl, ile im to zajmie. Pokój, kuchnia... Przynajmniej łazienka była w stanie nienaruszonym. Oczywiście nie miał zamiaru mówić Ciarze o łuskach naboi, które zauważył pod oknem i w kilku innych miejscach. I tak była wystarczająco przerażona. Zauważył też rysę na podłodze. Być może były to ślady noża. Miał wrażenie, że w mieszkaniu odbyła się jakąś walka. - Wezwiemy policję – zadecydował.

    Kiedy Ian składał zeznania, Ciara siedziała skulona na łóżku i głaskała Farmazona. Była spokojniejsza, kiedy czuła jego miękkie futerko pod swoją dłonią, a kot też najwyraźniej uwielbiał pieszczoty, bo mruczał cicho, zerkając na nią czasem leniwym wzrokiem.
    W końcu policja pojechała, a mężczyzna wrócił i stanął na środku pokoju. Właściwie to niczego się nie dowiedział; nic mu nie zginęło, wyglądało to raczej na przejaw wandalizmu. Policjanci wypytywali o jego wrogów, czy ktoś mógł chcieć go przestraszyć lub coś na niego wymusić. Ianowi nic takiego nie przychodziło do głowy, jednak faktem było, że ktoś po prostu wszedł sobie do jego mieszkania, powywracał meble i zaczął strzelać, aczkolwiek brak krwi świadczył o tym, że najprawdopodobniej nikt nie został ranny.
    - Posprzątamy tu, zamówimy pizzę, obejrzymy jakąś komedię i zapomnimy o wszystkim – postanowił. - A jutro zainstaluję alarm i już nikt niepowołany nie wejdzie do mieszkania.
    Ciara pokiwała głową i spojrzała na przyjaciela.
    - Ale najpierw powinieneś przeprosić Farmazona.
    - Słucham? - Ian obrócił się w jej stronę, patrząc na nią z niedowierzaniem. Miał nadzieję, że się roześmieje, ale czarownica miała bardzo poważną minę. - Żartujesz?
    - Nie, nie żartuję. Ian, oskarżyłeś go, że to on jest sprawcą tego bałaganu, a policja wyraźnie powiedziała, że to był włamywacz, albo nawet dwóch. A Farmazonowi zrobiło się przykro, że zrzuciłeś na niego winę. Nie zasłużył na takie traktowanie. - Spojrzała na kota, który parsknął na potwierdzenie jej słów.
    - Daj spokój, nie będę przepraszał kota. - Ian przewrócił oczami i wzruszył ramionami.
    - Powinieneś. Pomyliłeś się, każdy się myli, tak trudno przyznać się do błędu? - Drobna blondynka wstała, uniosła brwi i popatrzyła na niego stanowczo.
    Mężczyzna zawahał się. Gdyby chodziło o człowieka, nie miałby wątpliwości, że powinien go przeprosić, ale kota? Co prawda nie był do końca pewien, czy to taki zwykły dachowiec. Może kiedy czarownica go przygarnęła, stał się mądrzejszy? Inteligentny? Nie wróżyło to zbyt dobrze. Tak, ten kot zdecydowanie nie był tylko głupim zwierzęciem. Wystarczyło spojrzeć na jego uniesiony pyszczek i triumfalne spojrzenie.
    - Owszem, pomyliłem się – przyznał – ale nie zamierzam przepraszać tego dachowca. - Odwrócił się i wyszedł do kuchni. Dziewczyna nie poszła za nim. Pozmywał naczynia i po chwili wrócił do pokoju.
    Ciara patrzyła na niego z zawiedzioną miną. Przeszło mu przez myśl, że może wcale nie chodziło o kota, tylko o przyznanie się do błędu. Jeśli chciał, żeby między nimi coś było – a chciał tego coraz mocniej – musiał jej pokazać, że słowo przepraszam nie jest mu obce. A niech tam, pomyślał. Skoro tak jej zależy...
    - Dobrze, niech będzie. - Podszedł do łóżka, a twarz Ciary błyskawicznie się rozpogodziła. Zerwała się z kotem na rękach.
    - Przeprosisz go?
    Ian zrezygnowany skinął głową i spojrzał na Farmazona. Chyba straciłem rozum.
    - Żałuję, że cię oskarżyłem o bałagan w domu... - przyznał niechętnie – i o wypicie piwa – dodał, uśmiechając się lekko. - Choć co do tego nie mamy pewności...
    - Ian!
    - No dobrze już, dobrze. Przepraszam.
    - To teraz go pogłaszcz na zgodę. - Czarownica podeszła bliżej.
    - Hej, o tym nie było mowy! - zaprotestował Ian, cofając się o krok.
    - Ale sam zobacz, ma taką miękką sierść... no spróbuj, przecież nic ci nie zrobi.
    Mężczyzna westchnął i wyciągnął rękę, ale cofnął ją gwałtownie, słysząc głośne parsknięcie kota.
    - To kiepski pomysł. Jeszcze mnie ugryzie albo podrapie i dostanę jakiejś wścieklizny czy czegoś takiego. Może innym razem. - Odwrócił się i wyszedł do kuchni.
    - Wcale by cię nie podrapał! – zawołała za nim dziewczyna, kręcąc głową, ale postanowiła na razie odpuścić. Najważniejsze, że go przeprosił. Jeszcze się zaprzyjaźnią, stwierdziła, idąc za nim.
    - No dobrze, to ja może wezmę się za sprzątanie kuchni, a ty...
    - A ja posprzątam wszystko – przerwała mu Ciara, postawiła kota na stole i skupiła się na magii. Nie było to łatwe zaklęcie, ale energia zgromadzona dzięki chowańcowi pozwoliła jej go użyć bez nadmiernego wyczerpania siły. Wyszeptała formułkę i już po chwili wszystkie szkła poleciały do kosza, podobnie jak pozostałe śmieci, woda z podłogi wyparowała, a blaty i stół lśniły czystością. Czarownica przeszła do pokoju, gdzie regał w błyskawicznym tempie wrócił do poprzedniej pozycji, a książki idealnie się poukładały. Nawet doniczka z kwiatkiem wróciła na okno, jakby została sklejona, jedynie niewielkie pęknięcia świadczyły o tym, w jakim stanie była przed chwilą.
    - Wow. - Ian patrzył na to wszystko z podziwem. - To się nazywa sprzątanie w ekspresowym tempie. Będzie z ciebie żona idealna. Wyjdziesz za mnie?
    Czarownica roześmiała się.
    - Przykro mi, ale ja już mam narzeczonego... no, prawie. - Ciara westchnęła z tęsknotą na myśl o Shane'ie. Gdyby tutaj był, nie musiałaby bać się łowców. Owszem, Ian twierdził, że ją obroni, ale on nie był szkolony do walki, nie był najlepszy w miasteczku i nie czuła się przy nim tak bezpiecznie, jak przy swoim ukochanym. Tak bardzo za nim tęskniła.
    Spojrzała na Farmazona, ocierającego się o jej nogę i wzięła go na ręce.
    - Bez ciebie bym sobie nie poradziła, kocurku – zwróciła się do niego i zaniosła go do kuchni. Przeszukała lodówkę i podała mu kilka plasterków kiełbaski na talerzyku, a do miseczki wlała wodę.
    - To ja zamówię tę pizzę – postanowił Ian.
    Już po chwili wszyscy troje – dwoje ludzi plus kot – siedzieli i oglądali komedię, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
    - To pewnie dostawca – stwierdził brunet. - Otworzysz? Pójdę po pieniądze.
    Ciara skinęła głową, podeszła i otworzyła drzwi. Zlustrowała wzrokiem niewysokiego trzydziestolatka, który uśmiechnął się do niej życzliwie.
    - Ty jesteś Ciara?
    - Tak – odparła, cofając się pod wpływem złych przeczuć. Mężczyzna ukłonił się nonszalancko i spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem.
    - Jest mi niezmiernie miło cię poznać. Nawet nie wiesz, jak długo szukałem kogoś, kto włada magią. Kogoś takiego jak ty, czarownico.