Drodzy Czytelnicy!

Rozdziały "Szczypty magii" publikujemy na blogu dla Was i chcemy poznać
Wasze opinie. Dlatego kolejny rozdział pojawi się, kiedy poprzedni skomentują
co najmniej cztery osoby.
Przypominamy, że Wasze opinie są dla nas ważne, dzięki nim wiemy, że czytacie,
często również motywują nas do dalszego pisania. Pozdrawiamy serdecznie.

Słowik

Zapraszamy także na Słowika [klik], gdzie powstał oddzielny folder
"Szczypta magii", tam znajdziecie galerię postaci oraz słowniczek pojęć
(nie musicie mieć konta na chomiku, żeby przeglądać). Chomik jest tylko
dla czytelników. Jeśli ktoś jeszcze nie ma hasła (lub zapomniał), a chciałby
mieć, piszcie, podamy:) Zapraszamy też do komentowania postaci (tutaj lub
na chomiku), po pojawieniu się nowej postaci w rozdziale, pojawia się
również na Słowiku w folderze Galeria postaci:)

05.12.2018

Rozdział XX. Stary cmentarz

    Wieczór powinien być jeszcze jasny, ale deszczowe chmury oddzieliły San Francisco od ostatnich promieni słońca. Rudowłosa czarownica przemierzała opustoszałe nagle ulice, przeklinając matkę naturę i jej kaprysy. Co prawda znała zaklęcia odpowiednie na takie chwile, nie chciała jednak ryzykować, że ktoś ją zobaczy. Bez tego miała dość na głowie. Tak więc złorzeczyła, maszerując pospiesznym krokiem. Obok niej unosiła się różowa postać, którą tylko ona mogła ujrzeć. Isabelle nie przejmowała się ponurą pogodą. Zdaniem czarownicy martwi w ogole nie zwracają uwagi na pogodę, przykładem czego były delikatnie falujące różowe włosy - nie nastroszone od wilgoci jak u Siobhan. Właściwie to mogl być dobry moment, by powrócić do nurtującej ją kwestii. Wcześniej Isabelle płoszyła się, ilekroć wspomniano o jej dawnym domu, jednak będąc w wyśmienitym nastroju (przyczyniła się do tego przemoczona Siobhan i fakt, że deszcz przelatywał przez duchy) zgodziła się wyjawić czarownicy kilka sekretów.
    - Dobra, ruda, słuchaj uważnie, bo nie będę się powtarzać.
    Czarownica przewróciła oczami, ale skinęła głową. Kiedy trzeba, potrafiła powstrzymać złośliwości. Kiedy naprawdę trzeba. Dla pewności lekko ugryzła się w język i posłała Isabelle oczekujące spojrzenie. Czasem warto się poświęcać.
    - No więc... był ktoś trzeci.
    Na wyjącą banshee, że co?! Do rzeczy!
    Grzeczna Siobhan pozwoliła sobie jedynie na uniesienie brwi.
    - To znaczy... Najpierw umarła Lucie. Miałam wtedy cztery lata. Opiekowała się mną, jak to robią starsze siostry...
    Siostra? Ta mała paskuda była siostrą Isabelle?
    - Nasi rodzice byli... dość rozrywkowi. Właściwie to ojciec... lubił znikać na całe noce i wracał pijany... przegrywał majątek w karty. Matka sobie z tym nie radziła, była zła, że musi siedzieć z nami w domu, a on się bawi... ale wiesz, takie były czasy. - Isa wzruszyła ramionami, udając obojętność. - Prawdziwa rewolucja nastąpiła, kiedy byłam już dorosła... no więc matka uznała, że ona... również nie będzie się martwić. Wychodziła wieczorami, ojciec nawet nie wiedział, zwykle siedział wtedy u jednego ze swoich kolegów i trwonił pieniądze. Dopiero kiedy matka oznajmiła, że odchodzi, coś go tknęło, ale ona miała już kochanka. Chcieli razem wyjechać. Rozumiesz? Byłyśmy same, ja i Lucie, ona miała dziewięć lat, a już musiała być dorosła, musiała troszczyć się o mnie. Myślałyśmy, że ojciec uspokoi się po odejściu matki, w końcu tak błagał, by go nie zostawiała, że muszą nas wychować... Nie uspokoił się, był gorszy. Pił więcej, tracił więcej pieniędzy... popadaliśmy w ruinę. Zaczął bić Lucie, mnie też chciał, ale byłam mała i Lucie chowała mnie po kątach prosząc, żebym nie płakała. Nie płakałam. Pragnęłam tylko, żeby w drzwiach stanęła mama i żeby wreszcie było normalnie. Lucie powiedziała, że odeszła, że wybrała inny dom, inną rodzinę. Nienawidziła jej za to. Żyłyśmy tak przez dwa lata. - Urwała, biorąc głęboki wdech. Poza obojętności zniknęła, a jej duże oczy wyrażały tak wielki smutek, że Siobhan miała ochotę ją objąć, zrobić cokolwiek, by te wspomnienia wreszcie odeszły w niepamięć. Gdyby tylko prawda nie była dla niej tak ważna... - Tamtego wieczoru ojciec przegrał wszystko. Ostatni grosz, nasz dom... powiedział, że nadal będziemy w nim mieszkać, ale musimy zapłacić. Drań, który ograł ojca... on chciał Lucie. Lubił... lubił małe dziewczynki, wiesz? To takie chore!
    Otarła małą, różową łzę i spojrzała na rudowłosą czarownicę idącą u jej boku.
    - Chcesz przerwać?
    Różowe pasma zatrzepotały, kiedy Isabelle energicznie pokręciła głową. Jej aura lśniła mocniej niż zwykle, przez co cała postać wydawała się jak najbardziej materialna.
    - Lucie nie chciała. Ojciec się wściekł, zaczęli szarpać się na schodach... mieliśmy takie długie szerokie schody, pamiętasz? Siedziałam w szafie w holu, Lucie kazała mi tam wejść, kiedy tylko usłyszałyśmy, że klucz przekręca się w zamku. Patrzyłam przez dziurkę od klucza. Za bardzo się bałam, żeby wyjść, ale nie mogłam oderwać wzroku. - Pociągnęła nosem, choć był to raczej odruch, wspomnienie dawno minionej śmiertelności. - Ojciec uderzył Lucie, naprawdę mocno. A wtedy ona spadła ze schodów. Miała jedenaście lat i zginęła przez własnego ojca. I przeze mnie, bo zamiast uciec, starała się mnie chronić.
    Tym razem to Siobhan pokręciła głową. Spojrzała na swoją martwą przyjaciółkę z powagą.
    - Nie, Isabelle. Byłaś dzieckiem, niczemu nie zawiniłaś.
    Odpowiedziało jej westchnienie. W końcu Isabelle zebrała siły i postanowiła skończyć opowieść.
    - Wiesz... Lucie tam została, nie mogła odejść, nie chciała mnie zostawić. Wtedy tego nie wiedziałam... żyłam dalej w tym przeklętym domu razem w przeklętym człowiekiem, którego nienawidziłam całym sercem. To na mnie wyładowywał złość, a kiedy byłam starsza, musiałam prowadzić dom... musiałam robić wszystko, kradłam na ulicach, by mieć z czego zrobić obiad. Skończyłam siedemnaście lat i ojciec uznał, że mogę pracować dla niego inaczej. Domyślasz się, co? Przestraszyłam się i wpadłam na szalony pomysł. Znajdę męża i on będzie mnie bronił. Poznałam mężczyznę... zakochałam się... jak pewnie się domyślasz, ojcu to się nie spodobało. Groził mi... chciał mnie nawet sprzedać, twierdząc, że tylko on może mieć ze mnie zyski! Mniej więcej w tym samym czasie dowiedziałam się, że mój ukochany ma jeszcze jedną dziewczynę... wtedy wydawało mi się, że to nieważne..., że chce być ze mną... Chciałam móc na kimś polegać. Zaszłam w ciążę... ojciec dowiedział się od lekarza... wpadł w szał... kazał mi usunąć dziecko, nieważne jak. Powiedział, że... że jeśli będzie trzeba to po prostu je ze mnie wyciągnie, bo to psuje mu interesy, że ma na mnie kupca. Zaczęłam krzyczeć, że wychodzę za mąż i on nie ma już do niczego prawa... oczywiście nie było mowy o ślubie, ale sądziłam, że ciąża o tym przesądzi. Ojciec chwycił nożyczki. Takie duże i zakrzywione, cięłam nimi materiał na sukienki... broniłam się, szarpałam. - Urwała jeszcze raz, by zebrać myśli. Tym razem Siobhan jej nie przerywała. - Upadliśmy i zobaczyłam jak jego oczy się zmieniają... poczułam krew na palcach i już wiedziałam, że go zabiłam. Przeklinał mnie, umierając, groził, że nie da mi spokoju, jeśli go nie ocalę, nie wezwę pomocy... powiedział, że mama nie odeszła, nie pozwolił jej. Ukrył ciało w piwnicy, pod deskami. Codziennie chodziłam tamtędy po słoiki... niczego nie zauważyłam. Lucie też tam ukrył, to dlatego nigdy nie dowiedziałam się, gdzie ją pochował. Rozpowiedział ludziom, że żona uciekła, potem wróciła i zabrała starszą córkę... i już nigdy się nie zjawiła. Mówił, że... że ja też tam wyląduję, jeśli mu nie pomogę.
    - Ale tego nie zrobiłaś, prawda? - Domyśliła się Siobhan. Isabelle powoli skinęła głową.
    - Nie. Chwyciłam nożyczki tkwiące w jego piersi i... wbiłam je głębiej. A potem uciekłam. Dopadłam do podłogi w piwnicy i zaczęłam wyrywać deski. One tam były, obie. Płakałam, klęcząc nad ich ciałami, tym co z nich zostało. Nie wiem kiedy przyszedł Will, ale znalazł ojca, a potem mnie. Nie pytał, kazał mi tylko wytrzeć krew z podłogi. Wrzucił ciało ojca do dziury w podłodze, obok mojej matki i siostry. Potem przybił deski na miejsce i zabronił o tym mówić. Chciałam pochować Lucie... mamę też, ale Will twierdził, że powstałby tylko zamęt, musiałabym powiedzieć, że zabiłam ojca, a one będą tak samo martwe... Bałam się kary, więc nie musiał długo mnie przekonywać. No i masz trzeciego ducha. Ale on jest inny... żywi się złymi emocjami... to go wzmacnia. To przez niego Lucie była w takim stanie, kiedy ją znalazłaś. Lepiej, żebyś go nie spotkała. Nie obronię cię, nie potrafię.
    Siobhan wzięła głęboki wdech. Zatrzymały się przed domem Sama, co oznaczało koniec rozmowy. Jednak czarownica wiedziała już, co robić.
    - Rozumiem, Isabelle, nie martw się. To ja cię obronię. Dorwę go dla ciebie i każdej osoby, którą skrzywdził i ma zamiar skrzywdzić. Odeślę go na drugą stronę, a tam zajmą się nim jak należy. Wiesz, gdzie mogę go znaleźć, skoro dom spłonął?
    Martwa dziewczyna przegryzła wargę, rozważając te słowa. W końcu skinęła głową.
    - Na starym cmentarzu. Czerpie energię z innych duchów, czasem nawet je pochłania. Tam jest najsilniejszy... i najniebezpieczniejszy. Dlatego to zły pomysł, ruda.
    Siobhan zaśmiała się, pukając do drzwi.
    - Nie boję się ani starych dziadów, ani cmentarzy.
    W tej samej chwili drzwi się otworzyły, Sam uniósł brwi na tak niespodziewana powitanie i oparł się o framugę.
    - I dlaczego mi to mówisz, Siobhan?

    Obudził się, czując wilgoć na czole. Otworzył oczy i zamrugał, żeby pozbyć się osnuwającej wzrok mgły. Zobaczył nad sobą twarz zatroskanej blondynki. Przemywała mu czoło wilgotnym ręczniczkiem.
    - Wreszcie się obudziłeś, bałam się, że oberwałeś zbyt mocno!
    Dotknął bolącego miejsca z tyłu głowy i skrzywdził się nieznacznie. Obawy nie były konieczne, wyrośnie mu guz wielkości piłki golfowej.
    - Aoife? Zechcesz mi wyjaśnić, co robię w twojej... - Rozejrzał się uważnie i zmarszczył brwi. - Twojej sypialni? Zdaje się, że komuś podpadłem?
    Przypomniał sobie, nim Opiekunka zdążyła otworzyć usta. Dervil rzucała czar na klifie, chyba go dostrzegła, ale nie miał pewności. Dlaczego zwrócił uwagę na tę głupią wiewiórkę?!
    - Co robiłeś na klifach, Rory? To nie mógł być wypadek, straciłeś sporo krwi, tam w tych zaroślach. Szpiegowałeś kogoś?
    Czy szpiegował? Cóż, chyba właśnie to robił. Czaił się w ukryciu i podglądał. Mimo to ośmieliłby się twierdzić, że nie zasłużył na tak chłodne powitanie. I bolesne.
    - Musiałem... musiałem się przejść. - Westchnął. - No i widziałem Dervil rzucającą czar. Więcej nie pamiętam.
    - Dervil? Sama? - Aoife ukryła twarz w dłoniach. Wydawała się naprawdę przejęta tym, co jej powiedział. Może powinien wyjawić jej wszystkie swoje podejrzenia? Powiedzieć o sidhe i sile zaklęcia zarzucanego przez Przewodniczkę? Może. A jednak nie zamierzał się z tym spieszyć. Nie, póki sam nie odkryje pewnych powiązań.
    Usiadł, spoglądając na kulącą się w fotelu czarownicę. Jej ramiona drżały. Może jednak nie powinien był nic mówić. Dervil i Aoife były przyjaciółkami. Podejrzenia o zdradę jednej z nich musiały godzić w drugą. Zagryzł wargę, kiedy zbyt nagły ruch nasilił ból głowy. Odłożył ręczniczek, którego Opiekunka użyła do zrobienia mu okładu i usiadł na oparciu fotela. Ostrożnie objął ją ramieniem i natychmiast uznał to za swój błąd. Aoife wtuliła się w jego ramiona i zalała się łzami.
    - To straszne, nie mogę uwierzyć, że Dervil to zrobiła. Nie mogę, rozumiesz? Przyszłam do ciebie, bo byłam pewna, że wybijesz mi z głowy wszystkie te głupie podejrzenia! Powiesz, że to tylko moja wyobraźnia!
    Urwała, płacz nie pozwalał jej mówić dalej, więc tylko skuliła się w silnych męskich ramionach i w ciszy wylewała z siebie wszelkie smutki. Rory'emu nie pozostało nic innego jak tylko jej na to pozwolić. Własne uczucia zamknął na klucz, skupiając się na dedukcji. Jeśli się nie pospieszy i wkrótce nie rozwiąże tej zagadki, Ciunas czeka upadek. A Siobhan i Ciara już nigdy nie powrócą.

    - Samuelu, musisz mnie posłuchać! - Siobhan podciągnęła pod siebie nogi i odstawiła filiżankę herbaty, którą uraczył ją Sam. Isabelle siedziała cicho w drugim pokoju, najwyraźniej bardzo czymś zafascynowana, jednak to był problem na później. On wreszcie musiał uwierzyć, że nie jest żadną czarownicą. Trudno było to uświadomić, skoro prawda wyglądała inaczej.
    - Nie wierzę, że naprawdę przyszłaś tu, by wciskać mi ten kit. Siobhan, przecież jestem po twojej stronie, zawsze byłem!
    Owszem, takie odniosła wrażenie. Nie oznaczało to jednak, że porzuciła ostrożność. Od tego zależało jej życie, a wolała sama być jego panią. Gdyby całkowicie zaufała Samowi... gdyby. Możliwe, że kiedyś tak się stanie, jednak nie była jeszcze gotowa.
    Rozejrzała się, podziwiając salon i szukając racjonalnych argumentów, dlaczego nie może być czarownicą. Wiedziała, gdzie mieszka Sam, jednak po raz pierwszy zdecydowała się na wizytę. Spodziewała się... czegoś innego. Wystrój opierał się na ciemnej tonacji, niebieskie ściany, granatowy komplet wypoczynkowy, masywne meble najprawdopodobniej wykonane w hebanie. I te dziwne ozdoby. Obrazy przedstawiające ponure lasy, stare księgi, które musiały mieć dwa razy więcej lat niż Siobhan. Długie zasłony zza których nie widać było okien, drewniane figurki uosabiające bożków starych religii.
    - Będziesz dalej podziwiać, czy się przyznasz?
    - Przyznam? A do czego tym razem? - Wiedziała, że to marne zagranie, ale skończyły jej się pomysły. - Sam, spójrz na siebie, jesteś dorosłym mężczyzną... miłym, przystojnym... i wierzysz w czarownice! - Podeszła do jednej z półek i chwyciła figurkę. Przyjrzała się jej uważnie: fikuśna postać, ze skrzydłami i wyrazem twarzy zabójcy. Ha!, dobre! Może to sidhe? - We wróżki też wierzysz?
    - A wierzę! - burknął, zabierając jej figurkę.
    Wzruszyła ramionami. Nie lubi się dzielić, czy co? Uśmiechnęła się przeciągle i podniosła kolejną postać, uważnie ją oglądając. Zrobiła unik, gdy Sam chciał odebrać jej znalezisko i czym prędzej czmychnęła za kanapę.
    - Co to jest? - Zmrużyła oczy, oglądając wysoką postać w sięgającej stóp szacie. Spod kaptura wystawała chropowata twarz o błyszczących oczach. Postać ściskała kosę. - A! Wiem! To śmierć! Ale czad, po co ci to? - Przewróciła figurkę, zastanawiając się, jak wygląda od spodu, jednak Sam chwycił ją, zanim Siobhan udało się zaspokoić ciekawość. - No co?
    - Przestań! Robisz wszystko, by odciągnąć moją uwagę!
    Trafiony, zatopiony, staruszku.
    - Jestem tylko ciekawa. Masz... oryginalne hobby. Więc twoja wizyta w sklepie wicca nie była przypadkowa. Bawisz się w czary!
    Przewrócił oczami i usiadł na brzegu kanapy, śledząc czarownicę wzrokiem, na wypadek, gdyby znów chciała się czymś pobawić. Zbyt długo zbierał całą tę kolekcję, żeby jakaś mała czarownica mu ją zniszczyła. Nawet tak urocza.
    Uśmiechnął się, wpadając na pewien pomysł.
    - One istnieją? Wróżki?
    Siobhan rzuciła mu ukradkowe spojrzenie i wróciła do oglądania bibelotów.
    - To zależy, co wcześniej piłeś. Podobno produkowano kiedyś taki alkohol, po którym faktycznie można było zobaczyć wróżkę. - Posłała mu złośliwy uśmiech. - A potem najczęściej wkraczał Pan Kosiarz. Ten co mu pelerynka podwiewa.
    Prychnął. Czasem brakowało mu sił do tej kobiety. Była bardziej uparta niż wszystkie inne, jakie znał. I bardziej złośliwa. Niż wszystkie razem.
    - Myślałem, że coś między nami jest. A tymczasem ty próbujesz mnie okłamać. Siobhan, co z tobą?
    Po części miał rację i Siobhan o tym wiedziała, mimo to nie potrafiła zmusić się, by powiedzieć mu prawdę. Bała się. Jej sekret był czymś więcej niż słowem czarownica. Był jej życiem. Jej przeszłością i, jak miała nadzieję, przyszłością. Wciąż obowiązywało ją prawo Ciunas. Magia nie wychodzi poza miasto, świat nie może wiedzieć o ich istnieniu. Używała czarów, by przetrwać, jednak przyznanie się byłoby niedopuszczalne.
    - Sam...
    Westchnęła, widząc jego zaciętą minę. Wiedziała, że nie będzie łatwo, ale nie sądziła, że to taka katastrofa.
    - Jesteśmy przyjaciółmi, nie okłamuję cię. Magia nie istnieje.
    Gniew malujący się na jego twarzy powiedział jej wszystko. Nie uwierzył. I nie był już jej przyjacielem. Zerknęła w kierunku drugiego pokoju, chcąc dać Isabelle do zrozumienia, że nadeszła pora zakończyć wizytę. Dziewczyna jak na zawołanie pojawiła się w rogu pokoju, składając grzecznie dłonie.
    A więc coś zmajstrowała...
    - Lepiej już pójdę, Samuelu. Nie powiem nic więcej ponad to, co już usłyszałeś. Możesz albo mi uwierzyć i zaakceptować... albo tego nie zrobić. Zależy mi na naszej przyjaźni...
    Podszedł do niej, przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ona ze smutkiem, on – promieniując złością. Wreszcie wyminął ją bez słowa i otworzył drzwi.
    - Kłamiesz, Siobhan. A mnie zależy na szczerości. Nie ufasz mi, a to rodzi pytanie, czy ja mogę ufać tobie. Wybacz mi, ale powinnaś już iść. Zanim zrobię lub powiem coś, czego bym żałował.
    Zrozumiała. Nie powiedział wprost, ale dokładnie wiedziała, co miał na myśli. Jego spojrzenie mówiło: nie chcę cię więcej oglądać. To bolało, jednakże zamierzała spełnić jego prośbę. Prędzej czy później musiałaby powiedzieć „żegnaj” i wrócić do domu, do Ciunas. Będzie jej go brak, ale jakoś to przeżyje. Sam nie był tym, kogo początkowo chciała w nim znaleźć. Lubiła spędzać z nim czas, ale nic nie czuła, podobnie było z Rorym.
    Co jest ze mną nie tak?
    Może wolisz dziewczyny?
, podpowiedział jej złośliwy głosik. Zganiła Isabelle wzrokiem.
    Nie wolę, odparła równie bezgłośnie, zatrzymując się w drzwiach, by pożegnać się z Samuelem.
    Ale nigdy nie poczułaś, że świat staje w miejscu, prawda?, nie dawała za wygraną Isabelle.
    Poczułam. Spadaj, umarlaczko.
    - Sam, ja...
    Drzwi zatrzasnęły się, nim zdołała uformować logiczne zdanie. A niech to. Czy wszystko musiało dziać się nie tak jak powinno? Co ona takiego zrobiła?! Warknęła i obróciła się na pięcie, próbując zignorować ducha wiercącego jej dziurę w brzuchu. Po co ona w ogóle rozmawia z tą truposzką? Zacisnęła zęby, wychodząc z kamiennicy, w której mieszał Sam. Ciągle padało. Nie zdążyła nawet dobrze wyschnąć. Drań, mógł jej chociaż pożyczyć parasol. Ruszyła uliczką, zaciskając pięści, gdy deszcz chłodził jej ciało. Miała ogromną ochotę skopać komuś tyłek.
    Wsunęła dłoń do kieszeni, zacisnęła palce na pudełeczku, które znalazła za ladą tuż po wyjściu Sama. Była przy nim karteczka z jej imieniem, więc zabrała je na górę. Westchnęła. Kiedy zapytała o nie Sama, zaprzeczył, że kiedykolwiek je widział. Teraz, zła i ciekawa jednocześnie otworzyła pudełeczko. Nie sądziła, że ktoś mógłby zrobić jej tak drogi prezent. Broszka w kształcie listka, którą oglądała na wystawie sklepu jubilerskiego. Ta, która tak ją zachwyciła. Jeśli nie Samuel, to kto? I dlaczego? Czy powinna ją oddać? Tylko komu? Gdzie? Pokręciła głową i wsunęła pudełeczko do kieszeni. Później będzie się martwić, aktualnie miała ogromną ochotę skopać komuś tyłek. Najlepiej, żeby był mężczyzną.
    - Hej, truposzko. To gdzie jest ten cmentarz?

    Dervil niespokojnie przechadzała się po salonie. Wszystko poszło nie tak, nie była dość ostrożna, rzucając czar. Z trzech nici, które udało jej się spleść, dwie zostały zerwane. Coś zakłóciło połączenie, nie wiedziała co, ani w jaki sposób. Ostatnia nić wciąż się rozwijała, Dervil mogła tylko mieć nadzieję, że dotrze do celu i spełni zadanie. Niestety to wciąż za mało. Ale zrobi wszystko, co w jej mocy, by odzyskać kontrolę. Wszystko, nawet jeśli będzie musiała rzucić kolejny czar, silniejszy. Czarownice zapomniały już, na czym polega rola Przewodniczki. Czas im przypomnieć.

    Seamus wymknął się z domu Aoife tuż po tym, kiedy podsłuchał jej rozmowę z Rorym. Miał rację, to Dervil była podejrzana o spowodowanie całego zamieszania. Prawdopodobnie to ona stała za zniknięciem Ciary i Siobhan. Pytanie brzmiało: dlaczego? Co takiego zrobiły, by przewodnicząca, czy ktokolwiek inny chciał się ich pozbyć? Tego musi się dowiedzieć. Rory nie pozwoliłby mu się mieszać, ale kiedy chłopiec już znajdzie odpowiedzi, będzie musiał go wysłuchać. Siobhan wróci do domu, on, Seamus, tego dopilnuje. Razem z Rorym sprowadzą ją do domu. Tak samo Ciarę i Shane'a. Młody rudzielec zakradł się do okna sypialni Dervil. Na szczęście pustej, Przewodniczka była teraz w salonie, jeśli zostanie tam przez jakiś czas, chłopak będzie miał szansę przeszukać pokój. Potrzebował więc całej masy szczęścia. I pomocy bogów.

    Stary cmentarz prezentował się upiornie. Można by sądzić, że to z powodu późnej pory, deszczu lejącego się z nieba niczym dziurawego kotła, albo zwyczajnie - przez zmarłych. Siobhan była zdecydowana postawić na tę trzecią opcję. Oczywiście nie miała na myśli ciał pochowanych głęboko w ziemi. Nie, tacy martwi nie sprawiali problemów, po prostu gnili sobie spokojnie, nikomu nie wadząc. Zdecydowanie więcej trudności pojawiało się z tymi, którzy nie zamierzali odejść. Duchy, upiory... banshee. O tak, żadna z tych istot nie sprzyjała ludziom, zazdroszcząc im życia. No dobrze, banshee czasem prały ubrania, ale Siobhan stanowczo kłóciłaby się z rzekomym pożytkiem tej czynności. Co komu z czystej bielizny, jeśli za rogiem czyha śmierć?
    Czarownica rozejrzała się, szukając wśród nagrobków czegoś, czego nie powinno tam być. Ku swemu zaskoczeniu, nie zobaczyła niczego. Żadnego ducha, tylko stare nagrobki. A jednak. Jeśli nie można czegoś zobaczyć, nie znaczy, że tego nie ma. Wyraźnie to czuła, nieznaną potężną siłę płynącą z samego serca cmentarza.
    No tak, dlaczego nie urządzić się na środku i udawać pępek świata?
    - Jesteś pewna, że to tutaj? - Wiatr rozwiał kilka rudych pasemek, unosząc ze sobą zapach rozkładu i śmierci. Niektóre duchy cuchną, nie wiedziała czemu. Może za bardzo identyfikują się że swoim gnijącym ja? Jakkolwiek by nie było, Siobhan nie potrzebowała już odpowiedzi. Byt, który poczuła był potężny, potężniejszy niż wszyscy umarli, jakich dotąd spotkała. Był też cholernie wściekły.
    - Cześć, tatku, tęskniłeś? Wybacz, że jesteśmy bez czekoladek, ale bądźmy szczerzy. Jesteś trupem, nie możesz jeść.
    Zadziałało, wredne słowa zawsze działają. Pierwsza wskazówka, jeśli chcesz wyciągnąć ducha z jego kryjówki, po prostu go obraź. Wskazówka druga: nie rób tego, jeśli nie chcesz oberwać. Ta myśl pojawiła się trochę za późno. Mglista postać uformowała się przed Siobhan, łypiąc na nią groźnie. Czarownica parsknęła śmiechem.
    - I ciebie wszyscy się boją? Dziadku, spójrz na siebie! Wory pod oczami, powieki zapadnięte, wystające kości... cieniutkie były ostatnie lata, co?
    - Zamilcz, czarownico. Przyszłaś mnie nakarmić.
    Odpowiedziało mu kolejny parsknięcie, co z kolei Isabelle uznała za zły znak. Podpłynęła do Siobhan, próbując trącić jej ramię.
    - Ruda, gazu, w nogi.
    Czarownica posłała jej rozbawione spojrzenie.
    - Spokojnie, to tylko kulawy dziadzio, widywałam gorsze przypadki. - Zamrugała, widząc blednącą postać przyjaciółki. - Isa, ty migasz?
    Rzeczywiście, postać Isabelle stawała się coraz bledsza, bardziej przezroczysta, to znów odzyskiwała barwy, ale nie na długo. Za każdym razem było jej... mniej. Powroty do swojej postaci zajmowały dziewczynie coraz więcej czasu i stawała się coraz mniej widoczna.
    - Isa, co ci jest?!
    - To on. Mówiłam. Wysysa energię innych duchów. Nie mogę tu dłużej zostać, uciekajmy, proszę...
    Czarownica zmarszczyła brwi. Nie chciała, by Isabelle spotkało coś złego, polubiła ją, bardzo. To z jej powodu przyszła na cmentarz, to przede wszystkim jej krzywdy chciała pomścić. Westchnęła.
    - Wejdź do lusterka, będziesz w nim bezpieczna. Obiecuję. - Zerknęła na złośliwie uśmiechającego się mężczyznę. Był materialny. O cholera, był absolutnie materialny. - Ja mam tu sprawę do załatwienia.
    Isabelle zawahała się, patrząc to na Siobhan, to na swego ojca. Była martwa, a jednak jego widok przyprawił ją o dreszcz. Kiedy zniknęła tym razem, niemal straciła świadomość. Wiedziała, że już się nie pojawi.
    - On może cię zabić, ruda. Albo zrobić coś jeszcze gorszego. Nie mogę cię tak zostawić. - Zerknęła na ojca. Miał okrutny i pewny siebie wyraz twarzy, dokładnie taki, jaki zapamiętała. Wiedziała, że zaplanował właśnie coś okropnego i był gotowy to zrobić. - Siobhan, on zaatakuje. Osłonię cię, ale uciekaj, szybciej!
    Niewyraźna postać Isabelle zaczęła blednąć, dziewczyna użyła całej swojej siły, by pozostać przy Siobahn. Jeśli miała umrzeć ponownie, to przynajmniej uratuje przyjaciółkę. Wiatr uderzył w obie kobiety, rude włosy czarownicy rozwiały się niczym płomienie. Spojrzały na siebie i Siobhan zrozumiała. Wyjęła z kieszeni lusterko i podrzuciła je w powietrze.
    - Wracaj do swego więzienia, Isabelle!
    Podmuch magii otoczył bladoróżową postać. Jej zdumione spojrzenie zatrzymało się na Siobhan, a w następnej chwili jasna mgła wciągnęła ją do lusterka znikającego w konarach drzew.
    W tej samej chwili duch zaatakował.

    Ciągle nic, sprawdził już komodę i półkę nad łóżkiem. Został stolik nocny, wszystko albo nic. Miał nadzieję, że się nie pomylił i coś tam znajdzie. Inaczej Rory się wścieknie, że Seamus włamał się do sypialni Dervil. Proszę, niech coś tam będzie...
    Wysunął szufladę i zajrzał do środka. Książka, kilka słoiczków z kremami i wreszcie coś godnego uwagi. Teczka. Wyjął ją ostrożnie i zajrzał do środka. Ręcznie sporządzone notatki. To mogło być brakujące ogniwo. Oby nim było. Trzy kartki grubego, pożółkłego papieru zapisane czarnym atramentem. Na jednej z nich Seamus dostrzegł imię Siobhan, więc pośpiesznie wcisnął kartki do kieszeni i wepchnął teczkę na właściwe miejsce. Zamknął szufladę w chwili, gdy otworzyły się drzwi za jego plecami.
    - Chciałbyś coś mi wyjaśnić, Seamusie? - Dervil wzięła się pod boki i posłała chłopcu karcące spojrzenie. - Na przykład, co robisz w mojej sypialni?

    Samuel stał w oknie, popijając piwo z butelki. Początkowo sądził, że Siobhan zawróci i przeprosi za swoje kłamstwa. Nie pojawiła się, za to widział, jak odchodzi, rozmawiając sama ze sobą. Albo czymś, co tylko czarownica mogła ujrzeć. Zacisnął palce na butelce. Światła w pobliskich domach pogasły, a on ciągle stał w oknie i pozwalał myślom wędrować. Okłamała go. Powinna była mu zaufać, czyżby dał jej powód, by postąpiła inaczej? Obiecał jej pomoc, opiekował się nią, był przy niej, kiedy go potrzebowała. Nie miał wątpliwości, że jest czarownicą. Zbierał informacje o podobnych jej istotach od wielu lat. Poddawał się tej fascynacji i kiedy ją spotkał, nie miał wątpliwości. Skrzywił się, kończąc piwo i ruszył do sypialni. To jeszcze nie koniec, powinna była mu zaufać. Przekona się, jakim błędem było kłamstwo. Niezmiernie się na niej zawiódł...

    Las graniczący ze starym cmentarzem również opustoszał, zwierzęta uciekły, czując bliskość zła. Jedyne bijące serce należało do mężczyzny, siedzącego na jednej z gałęzi wiekowego dębu. Podrzucał w dłoni małe lusterko, z zainteresowaniem przyglądając się czarownicy o ciętym języku. Była naprawdę zabawna. I odważna. Nie spotkał jeszcze wiedźmy gotowej poświęcić dla kogoś swoje życie. A ona? Ryzykowała dla ducha. Dla istoty, która już przecież umarła. Kisten Savage uśmiechnął się przeciągle. Zaskakujesz mnie, rudzielcu. Ciekawe, czy przeżyjesz tę noc.