UWAGA!

Zgodnie z naszymi ustaleniami, po czwartym komentarzu wstawiłyśmy
kolejny rozdział:) Następny pojawi się 27-28.01, pod warunkiem, że
obecny skomentują co najmniej cztery osoby. Jeśli komentujących będzie
więcej - co najmniej 5 osób, rozdział XVI pojawi się jeszcze wcześniej
- już za tydzień! (20-21.01). Wszystko zależy od Was:) Zapraszamy do
czytania i komentowania:)

Słowik

Zapraszamy także na Słowika [klik], gdzie powstał oddzielny folder
"Szczypta magii", tam znajdziecie galerię postaci oraz słowniczek pojęć
(nie musicie mieć konta na chomiku, żeby przeglądać). Chomik jest tylko
dla czytelników. Jeśli ktoś jeszcze nie ma hasła (lub zapomniał), a chciałby
mieć, piszcie, podamy:) Zapraszamy też do komentowania postaci (tutaj lub
na chomiku), po pojawieniu się nowej postaci w rozdziale, pojawia się
również na Słowiku w folderze Galeria postaci:)

13.01.2018

Rozdział XV. Pod dziką jabłonią

    Ciara przez ostatnie dwa dni miała całkiem sporo powodów do strachu. Znalazła się daleko od domu, w obcym, nieprzyjaznym miejscu, o mało nie została przejechana i próbowano ją nakłonić do zdjęcia ubrania na scenie. Jednak to, co usłyszała od mężczyzny stojącego przed drzwiami spowodowało, że przez chwilę nie była w stanie się poruszyć. Wyobraźnia podsunęła jej tylko jedno słowo, mrożące krew w żyłach czarownicy. Łowca.
    Kiedy w końcu odzyskała panowanie nad ciałem, trzasnęła drzwiami i przekręciła zamek. Odwróciła się, próbując uspokoić rozkołatane serce. Odsunęła się od drzwi, jakby miały lada chwila wyskoczyć z zawiasów. Zbyt późno uświadomiła sobie swój błąd. Łowca musiał zobaczyć jej strach, powinna była raczej roześmiać mu się w twarz i stwierdzić, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Siobhan pewnie by tak zrobiła. Ale jak miała stać naprzeciwko śmiertelnego wroga, który chce ją zabić tylko dlatego, że posiada moc i udawać, że się nie boi?
    - Ciaro? Co się stało? Zbladłaś. Rozumiem, że to nie był dostawca? - Ian podszedł, przyglądając się jej z niepokojem.
    Dziewczyna spojrzała na niego, zacisnęła usta i pokręciła głową.
    - Za drzwiami stoi łowca – szepnęła. Ian uniósł brwi.
    - Kto?
    W tym momencie rozległ się dzwonek. Ciara odskoczyła i wpadła na bruneta. Mężczyzna objął ją ramieniem.
    - Spokojnie, tancereczko. Kto to jest? Znasz go?
    - Nie. Ale powiedział, że wie, że jestem czarownicą. To łowca czarownic, nie rozumiesz? Przyszedł, żeby... mnie skrzywdzić. - Spojrzała w stronę drzwi.
    - Nikt cię nie skrzywdzi – zapewnił Ian. - Zajmę się tym. - Zrobił krok w stronę drzwi, ale Ciara chwyciła go za rękaw.
    - Zaczekaj. A jeśli on ma broń? Jeśli jest ich więcej? - Dziewczyna podbiegła do okna i ostrożnie wyjrzała, ale nie dostrzegła niczego podejrzanego.
    - Ciaro, myślę, że to nie jest żaden łowca. - Brunet pokręcił głową. - Po pierwsze, z tego co kojarzę z filmów, łowcy czarownic nie pukają do drzwi wiedźm i nie pytają: to ty jesteś czarownicą?, tylko od razu działają. Co prawda, filmy często mijają się z rzeczywistością. Weźmy chociaż tę miotłę. Ale wątpię, by owi łowcy... - przerwał mu kolejny dzwonek. - Nieważne, już ja się dowiem, o co tu chodzi. - Podszedł do drzwi.
    - Może weź chociaż jakąś broń? - Ciara pobiegła do kuchni i przyniosła mu duży, kuchenny nóż. Ian nie wyglądał na przekonanego, ale wziął broń i podszedł do drzwi, w które uparcie dobijał się obcy mężczyzna.
    Brunet uchylił je ostrożnie, chowając nóż za sobą. Obrzucił natręta uważnym spojrzeniem, opierając się lekko o framugę drzwi, tym samym zasłaniając mu wejście do mieszkania.
    - Czego chcesz? - zapytał.
    Mężczyzna odchrząknął i spojrzał śmiało na Iana.
    - David Hamilton, przewodniczący Towarzystwa Zjawisk Paranormalnych. - Wyjął plakietkę z nazwiskiem i rangą, machając nią przed nosem Iana. - Czy mógłbym porozmawiać z panną Ciarą?
    - Nie, nie mógłbyś. Przychodzisz do mojego domu, wyzywasz moją przyjaciółkę od czarownic i domagasz się rozmowy? - Ian parsknął i uniósł brwi. - Żegnam, a jeśli nadal będziesz się dobijał, zadzwonię na policję. - Zatrzasnął mu drzwi przed nosem.
    David zaklął cicho i odwrócił się, mając zamiar zapukać do Judy, ale zrezygnował. Lepiej, żeby nie wiedzieli o jego informatorce. Zatrzymał się przed windą, która na szczęście działała – nienawidził wchodzenia i schodzenia po schodach – i zjechał na dół, obiecując sobie, że jeszcze tu wróci. Musiał tylko znaleźć moment, gdy czarownica będzie sama, bez tego bodyguarda, którego wolał nie drażnić.
    Ian wrócił do pokoju, odłożył nóż i usiadł obok Ciary, która wpatrywała się w niego z oczekiwaniem.
    - Poszedł sobie, jesteś bezpieczna. I to nie był żaden łowca, tylko jakiś fanatyk czarownic.
    Dziewczyna potrząsnęła głową i w zamyśleniu zaczęła zaplatać warkocz.
    - Nie poszedł. A jeśli nawet, to wróci. Łowcy nie poddają się tak łatwo. Poza tym, żaden łowca nie powiedziałby ci wprost, że nim jest – zauważyła rezolutnie.
    - Ciaro, to nie był łowca. - Ian pokręcił głową. - Wiesz, co myślę? Łowcy to bujdy, które wymyśliły czarownice, żebyście nie wychylały nosa z miasteczka. Świat na zewnątrz jest zły i pełen potworów, więc lepiej stamtąd nie wychodzić.
    Ciara prychnęła.
    - Naprawdę tak uważasz? Że łowcy to bajki? Nie znasz historii czarownic, nie masz pojęcia, jacy oni są. Istnieją, zapewniam cię. - Skończyła zaplatać włosy i wstała. - Wierzysz w magię i czarownice, a nie wierzysz, że istnieją ludzie, którzy chcą je zabić? - Pokręciła głową.
    - Po co ktoś miałby zabijać czarownice? Raczej chciałby wykorzystać je do własnych celów. Poza tym, ten facet nawet nie miał broni. Jeśli łowcy naprawdę istnieją, to z pewnością wyszkoleni zabójcy i taki ktoś nie dzwoniłby do drzwi z pytaniem, czy zastałem czarownicę. Być może ktoś widział twój pokaz z psem i kotem, a może... Nie używałaś przypadkiem czarów w pracy? - Zerknął na dziewczynę pytająco.
    - Poza drobnymi zaklęciami, by kwiaty lepiej rosły i poprawiały ludziom samopoczucie? Nie. A po kwitnących kwiatach i wypielęgnowanych roślinach raczej nikt nie rozpoznałby, kim jestem. - Drgnęła na dźwięk dzwonka do drzwi, a na jej twarzy ukazał się grymas niechęci. - Mówiłam, że wróci. Może powinnam go jakoś wystraszyć? Jeśli to nie jest łowca, może wtedy sobie pójdzie?
    Brunet skinął głową z poważną miną.
    - Każ mu przepraszać kota, od razu ucieknie.
    - To nie jest zabawne! - Dziewczyna zmarszczyła gniewnie nosek.
    - Spokojnie, potężna i groźna czarownico. Najpierw spróbuję poradzić sobie z nim swoimi sposobami. - Wyszedł do przedpokoju i otworzył drzwi, a po chwili wrócił z pizzą. - O widzisz, poradziłem sobie znakomicie. Nie ma łowcy, za to jest pizza z szynką, ananasem i kukurydzą. To lepsze niż czary, prawda? - Puścił do niej oczko i otworzył pudełko.
    - No nie wiem – mruknęła Ciara, zerkając na pizzę. Usiadła i spróbowała kawałek. - Ummm, faktycznie przepyszna – przyznała, wybierając z ciasta szynkę i podsuwając Farmazonowi. Kocur przyjął poczęstunek z zadowolonym mruknięciem.
    - Nie musisz bać się żadnych łowców, Ciaro – powtórzył Ian po raz kolejny. - Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził. - Przysunął się bliżej i objął ją ramieniem. - Poza tym, jesteś czarownicą, prawda? Jeśli to tylko fanatyk, który szuka wiedźmy, to nie masz się czego bać. A jeśli to łowca, osobiście się nim zajmę – zapewnił.
    - Przepraszam, że cię w to wplątałam – powiedziała cicho Ciara. - Masz przeze mnie same problemy.
    - Daj spokój, nie mam żadnych problemów – zaprzeczył Ian. - I bardzo się cieszę, że cię poznałem.
    Odwróciła głowę i spojrzała w duże brązowe oczy, wpatrujące się w nią intensywnie. Przemknęło jej przez myśl, że nie powinien tak na nią patrzeć, że powinna się teraz odsunąć, zanim jednak zareagowała, było już za późno. Mężczyzna wyprzedził jej myślenie jednym śmiałym ruchem.
    Pochylił się i pocałował ją w usta.

    - Jak to, jeszcze jej nie zabiłeś?
    Joe wzdrygnął się na dźwięk ostrego głosu kobiety. Jego zleceniodawczyni była wyraźnie nie w humorze. Chociaż nie, to za mało powiedziane. Była wściekła.
    - To tylko kwestia czasu... - zaczął mężczyzna, ale mu przerwała.
    - Mówisz tak już od paru dni! I tak się składa, że ktoś wyruszył jej na pomoc. Irlandczyk. Jutro rano dostaniesz jego zdjęcie. Jeśli będzie trzeba, możesz go zabić, ale płacę ci tylko za czarownice. - Stanowczy głos nie pozostawiał wątpliwości co do nastroju rozmówczyni.
    - Dodatkowe utrudnienie to nowe koszty – zaczął mężczyzna, kalkulując w myślach, ile mógłby jeszcze wyciągnąć od tej wariatki.
    - Uważaj, Hudgens. Nie prowokuj mnie – przerwała mu kobieta groźnym tonem. - Jeśli ten Irlandczyk znajdzie którąś z nich, zlecenie dostanie ktoś inny, a ty... hm... ty będziesz wtedy niewygodnym świadkiem.
    - Grozisz mi?! - warknął mężczyzna do słuchawki.
    - Po pierwsze, nie jesteśmy na ty – odpowiedziała mu chłodnym tonem głosu. - Po drugie, na razie tylko ostrzegam. A po trzecie, zadzwonię jutro wieczorem. Do tego czasu przynajmniej jedna z nich musi być martwa, albo... tracisz zlecenie. A co dalej, możesz się domyślić. Żegnam. - Rozłączyła się.
    Joe rzucił telefonem i przez jakieś dziesięć minut wyklinał, na czym świat stoi, po czym założył kurtkę i wyszedł z mieszkania, kierując się do najbliższego klubu. Musiał odreagować, a potem... zabije dziewczynę. Jeszcze dziś.

    Hotel, który wybrała Melissa, był dużo gorszy od tego, w którym nocował wcześniej Shane, ale i tak zasnął błyskawicznie na średnio wygodnym łóżku. Długa podróż, a potem przeżycia ostatniego dnia zmęczyły go bardziej, niż sądził. Dlatego, gdy się obudził, ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że dochodziło już południe.
    Melissa najwyraźniej była już od dawna na nogach, bo właśnie pakowała jakieś rzeczy, których Shane wcześniej nie widział, do walizki, która także wyglądała na nową. Mężczyzna przetarł oczy i usiadł na łóżku. Na jego widok brunetka przerwała pakowanie i powitała go uśmiechem.
    - Dzień dobry, bohaterze. Długo spałeś.
    - To przez tę dziwaczną zmianę czasu – mruknął Shane. - Co to za rzeczy?
    - Moje. W sumie to nasze, tobie też kupiłam koszulę, mam nadzieję, że dobry rozmiar. - Rzuciła mu na łóżko niebieską koszulę. Shane spojrzał na nią niepewnie.
    - Dziękuję, nie trzeba było. Ile mam ci oddać...?
    - Daj spokój, to kasa Delgado, pamiętasz? Policz sobie za tego siniaka na szczęce. - Melissa zamknęła walizkę. - Byłam na zakupach. Jesteś głodny? - Podsunęła mu talerz z kanapkami. - Kupiłam w barze na dole. Jedz i spadamy stąd, pewnie nas szukają. Nie możemy zbyt długo zostawać w jednym miejscu. W łazience jest prysznic, ale raczej nie ma już ciepłej wody.
    - Może być zimna. - Shane wstał, sięgnął po ubrania i ruszył do łazienki.
    Po odświeżeniu się i nałożeniu spodni oraz koszuli, której rozmiar Melissa odgadła bezbłędnie, Irlandczyk wyszedł, gotowy do drogi.
    - To co teraz? - spytał dziewczynę, która wyraźnie miała jakiś plan.
    Zauważył, że wyglądała trochę inaczej. Miała na sobie brązową bluzkę na ramiączkach i ciemnobrązowe spodnie, podobne do tych, które nosiła wczoraj. Na nogach wysokie czarne kozaczki na płaskiej podeszwie. Usta pomalowała intensywnie czerwoną szminką. Ale nie tylko dlatego wyglądała dziś inaczej. Różnica widoczna była w jej twarzy, w oczach, wcześniej smutnych i przepełnionych pustką, teraz ożywionych i pełnych nadziei.
    - Plan jest prosty. - Uśmiechnęła się i przeczesała dłonią krótkie czarne włosy. - Najpierw zdobędę dokumenty, dzięki którym wyjadę z kraju. Wszystkie zostały u Delgado, a wyrobienie nowych zajęłoby zbyt długo, fałszywki za dobrą cenę można wyrobić dużo szybciej. A my mamy czym zapłacić. Do tego czasu poszukamy tych twoich dziewcząt, popytam w kilku miejscach, może uda nam się wpaść na ich trop. Jeśli szybko je znajdziemy, może nawet zabiorę się z wami do Irlandii. Tam Delgado mnie nie dorwie.
    - W porządku, możesz lecieć z nami do Irlandii – zgodził się Shane.
    - Świetnie, w takim razie umowa stoi. I luz. Zmywajmy się stąd. - Złapała walizkę i wyszła z pokoju. Mężczyzna sięgnął po swój plecak i podążył za nią. Pod hotelem już czekał motocykl Delgado. - Jak znajdziemy chwilę, kupię drugi, będzie wygodniej. - Zapakowała rzeczy na bagażnik, wsiadła i poczekała, aż Shane usiądzie za nią. - No to w drogę.

    Ciara w pierwszej chwili znieruchomiała, by w następnej odskoczyć gwałtownie. Pudełko z kawałkami pizzy spadło na podłogę, z czego błyskawicznie skorzystał Farmazon.
    - Ian, co ty wyprawiasz?! - Czarownica wpatrywała się w niego zdezorientowana.
    - Całuję cię? - Brunet spojrzał na nią przekornie. - To chyba nic złego? Nie oberwę za to stołem, prawda?
    Ciara westchnęła i założyła ręce na piersiach, odsuwając się na bezpieczną odległość.
    - Nie zamierzam niczym w ciebie rzucać. Przepraszam, jeśli coś źle zrozumiałeś. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi, tylko przyjaciółmi. Mówiłam ci już, że mam narzeczonego.
    - Nie widzę pierścionka. - Ian zerknął na jej dłonie.
    - Zniknęłam tuż przed zaręczynami, po ceremonii Shane miał mnie poprosić o rękę. - Spuściła wzrok. - Lepiej będzie, jeśli się wyprowadzę. Mam już pracę, dam sobie radę. Dziękuję ci za wszystko. - Pochyliła się i wzięła na ręce Farmazona, który oblizał pyszczek i wtulił się ufnie w jej ramiona.
    - To kiepski pomysł. Dokąd pójdziesz?
    - Poradzę sobie – powtórzyła dziewczyna, odwracając się w stronę drzwi. - Tak będzie najlepiej. Nie chciałam cię zranić, a jeśli zostanę, może do tego dojść.
    - Nie zraniłaś, to był tylko spontaniczny pocałunek pod wpływem chwili. - Ian zastąpił jej drogę. - Nie gniewaj się.
    - Tu nie chodzi o mnie...
    - Możemy zostać przyjaciółmi. - Brunet ani myślał jej wypuszczać. - Chyba nie masz zamiaru spacerować w nocy po mieście? Zostań.
    Ciara zawahała się na chwilę. Nie myślała o nadchodzącej nocy, znała już trochę miasto, coś by wymyśliła. No i miała Farmazona, nie byłaby sama. Ale nie chciała wychodzić w ten sposób. Jeśli Ian zapewniał, że mogą być tylko przyjaciółmi, to chyba mogła zostać chociaż do jutra.
    - No... dobrze. Ale nie rób tego więcej.
    - Jasne, przyjaciele się nie całują – przyznał pospiesznie mężczyzna i zerknął z niezadowoleniem na Farmazona, który wyślizgnął się z ramion czarownicy i postanowił dokończyć ich kolację. - Chyba twój kot właśnie zjadł nam pizzę...
    - Ja już się najadłam, ale jeśli jesteś jeszcze głodny, może zamówimy kolejną? - Ciara usiadła i zerknęła na Iana.
    - Nie, ale co powiesz na lody? - Poszedł do kuchni i po chwili wrócił z dwoma pucharkami.
    - Dziękuję. - Ciara spróbowała i uśmiechnęła się szeroko. - Przepyszne.
    Ian odpowiedział uśmiechem i zajął miejsce obok dziewczyny.
    - A zatem pocałunki w usta odpadają. Szkoda, bo świetnie całuję. A w policzek mogą być? Albo w rękę? - Uśmiechnął się półgębkiem.
    - Ian, przestań. Bo cię zamienię w żabę. - Ciara pogroziła mu łyżeczką.
    - O, potrafisz?
    - Nie – przyznała. - Ale może powinnam się tego nauczyć.
    - To i tak musiałabyś mnie pocałować, żeby mnie odczarować. W bajkach zawsze całuje się żabę, żeby zmieniła się w księcia.
    - Ale ty nie jesteś księciem – zauważyła czarownica.
    - No, to faktycznie byłby problem – przyznał Ian. - W takim razie lepiej zostanę przy ludzkiej postaci. - Nabrał porcję lodów na łyżeczkę. - A twój książę? Znaczy się, ten cały Shane? Kochasz go?
    - Tak, bardzo. - Ciara uśmiechnęła się na myśl o ukochanym.
    - A on cię kocha?
    - Oczywiście. - Skinęła głową i zapatrzyła się gdzieś przed siebie, przypominając sobie Shane'a. - Jak mówiłam, tego wieczoru, kiedy zniknęłam, miał mi się oświadczyć. Nie powiedział mi gdzie, ale jestem pewna, że zrobiłby to pod jabłonią, tą samą, pod którą po raz pierwszy się spotkaliśmy. - Przymknęła oczy, przypominając sobie twarz ukochanego, jego błękitne oczy, pełne ciepła, miłości i czułości.
    - Spotkaliście się pod jabłonią? Myślałem, że w takim miasteczku wszyscy się znają...
    - Z widzenia. - Ciara otworzyła oczy. - Ale nie zawsze osobiście, Ciunas jest całkiem spore. - Zerknęła na Farmazona, który wskoczył jej na kolana i dreptał przez chwilę w miejscu, po czym ułożył się wygodnie. Pogłaskała go i zjadła kolejną porcję lodów.
    - Ach. - Ian popatrzył na dziewczynę sceptycznym wzrokiem. - I jesteś pewna, że po tym, jak zniknęłaś nie wiadomo gdzie i nie wiadomo czy wrócisz, on nadal jest ci wierny, tak?
    - Oczywiście, że jest mi wierny. - Ciara zamrugała i spojrzała ze zdumieniem na Iana. - Shane nigdy by mnie nie zdradził.
    Ian westchnął, słysząc taką naiwną pewność. Właściwie to mógł przytaknąć i zostawić temat, a słodka, niewinna czarownica nadal byłaby przekonana, że życie jest dobre, piękne i pełne miłości, a zło jest tylko wtedy, gdy człowiek potknie się o kamień i skręci kostkę. Ale nie. Ian znał życie i wiedział, że prędzej czy później dziewczyna będzie musiała się zderzyć z okrutną rzeczywistością. Musiał jej to jakoś delikatnie uświadomić, by mogła znieść rozczarowanie i jakoś się potem pozbierać.
    - Spójrz na to z innej perspektywy, tancereczko. - Pokręcił głową i utkwił w niej spojrzenie swoich brązowych oczu. - Z tego co zrozumiałem, nikt nie może wyruszyć ci na ratunek, bo jest taki zakaz, z powodu licznych niebezpieczeństw, które czyhają za murami miasta, prawda? - zapytał. Skinęła głową. - A ty jesteś poza tymi murami. W świecie pełnym łowców, potworów i innych dziwadeł, którymi starszą was od dziecka. Skoro nikt nie wyruszył ci na pomoc, to skąd mają wiedzieć, że sama sobie poradzisz i wrócisz do domu?
    - Bo jestem czarownicą – odparła Ciara pewnym siebie głosem.
    - A one kim są? Też czarownicami, a jednak boją się przekroczyć granicę tego waszego Ciunas. Jaki z tego wniosek? - Zamilkł na chwilę, a gdy nie odpowiedziała, kontynuował. - Oni myślą, że już nie żyjesz. A skoro ciebie nie ma, to czemu twój niedoszły narzeczony miałby być ci wierny? Skoro pobieracie się jedynie w granicach miasteczka, zapewne wybór jest mocno ograniczony, więc pewnie już się rozgląda za jakąś lepszą partią, o ile jeszcze nie ma innej na oku...
    - Przestań! To nieprawda! - zawołała Ciara i zerwała się, czując gniew. Jak on mógł tak myśleć o Shane'ie? Nawet go nie znał, a już go oceniał. Zacisnęła ręce w pięści i stała przez chwilę w milczeniu, zbierając myśli. Ian też nic nie mówił, jakby czekając na jej dalszą reakcję.
    Najgorsze było to, że częściowo mógł mieć rację. Nie co do Shane'a, nie miała wątpliwości, że ją kocha i że tak szybko nie znalazłby sobie nowej narzeczonej, ale jeśli tam w Ciunas faktycznie uznali ją za straconą i dlatego nikt jej nie szuka?
    Ależ ja żyję, pomyślała. Żyła i miała się całkiem nieźle. Świat poza Ciunas wcale nie był pełen potworów. Owszem, z pewnością okazał się niebezpieczny, ale przecież była czarownicą z prastarego rodu, jak mogliby w nią zwątpić? Dervil musiała to wiedzieć. Była potężna, posiadała magię, jakiej nie miała żadna inna czarownica, czemu jeszcze nie pomogła jej w żaden sposób? Tak po prostu ją skreślili? Dla dobra ogółu?
    Odwróciła się i wyszła do kuchni, próbując powstrzymać łzy. Niestety, nigdy tego nie potrafiła. Choćby nie wiem jak się starała, one zawsze uparcie napływały do oczu w najmniej odpowiednich momentach. Stanęła przodem do okna, przygryzając wargę i co chwila ocierając wilgotne policzki.
    - Przepraszam – usłyszała za sobą i poczuła, że mężczyzna obejmuje ją i lekko przytula. Próbowała protestować, ale w końcu poddała się i wtuliła policzek w jego koszulę, próbując przestać płakać. - Już dobrze, Ciaro. Za kilka dni będę miał wypłatę, dołożymy to, co zarobisz w kwiaciarni i kupimy ci bilet do Irlandii. Dokumenty dla ciebie też już zamówiłem. Wrócisz do domu.
    - Naprawdę? - Podniosła zapłakaną twarz. Sięgnął do kieszeni i podał jej zgniecioną, ale czystą chusteczkę. Otarła buzię i nos, po czym ponownie na niego spojrzała.
    - Obiecuję – powiedział, znów ją przytulając. - Wrócisz do niego. Obyś się tylko nie zawiodła.
    - Nie zawiodę – odparła pewnym siebie głosem. - Nie na Shane'ie. Dziękuję ci – dodała cicho.
    Delikatnie wyswobodziła się z objęć Iana i spojrzała w okno. Przed oczami stanęło jej pierwsze spotkanie z ukochanym. Miała wtedy osiemnaście lat. Poszła nad rzeczkę, gdzie znalazła ciche i spokojne miejsce. Postanowiła się wykąpać. Woda kusząco szumiała, zapraszając do pływania. Ciara nie wahała się długo.
    Nie miała pojęcia, że nie jest sama. Shane siedział na rosnącej nieopodal dzikiej jabłoni i zajadał jabłka. Kiedy zobaczył dziewczynę, nie wiedział, co zrobić. Ujawnić się czy siedzieć cicho? Zanim się zdecydował, czarownica zdjęła bluzkę, a on z wrażenia nadepnął na spróchniały konar i spadł na ziemię.
    Pisnęła i złapała bluzkę, zasłaniając się nią i cofając gwałtownie. Zbyt gwałtownie. Potknęła się i z głośnym krzykiem wpadła do wody. Oczywiście umiała świetnie pływać, ale Shane o tym nie wiedział i nie czekał, żeby się upewnić. Skoczył za nią i mimo jej gwałtownych protestów, wyciągnął na brzeg.
    A potem była już tylko jedna wielka awantura. Ciara wyzywała go od podglądaczy, Shane zaś tłumaczył, że tylko jadł jabłka, poza tym uratował jej życie, więc powinna być mu wdzięczna... W końcu kazała mu się wynosić, więc zrobił obrażoną minę i poszedł.
    Shane O'Connell. Czarownica skojarzyła go jako znajomego Siobhan, swojej najlepszej przyjaciółki, ale nikomu nie powiedziała o tamtym zdarzeniu.
    Miesiąc później spotkali się w sklepie. Ona wychodziła, on wchodził. Zderzyli się i zakupy wylądowały na ziemi. Shane błyskawicznie je zebrał i przeprosił. To wtedy zwróciła uwagę, że jest całkiem przystojny. Jasne włosy i piękne, błękitne oczy. Postanowiła, że dowie się o nim czegoś więcej.
    Kiedy zapytała Siobhan, co o nim myśli, rudowłosa czarownica prychnęła i stwierdziła, że jest zarozumiały, zadziera nosa i ma wygórowane ego. I uważa, że dziewczyna nie potrafiłaby rozłożyć go na łopatki.
    Oczywiście Siobhan miała rację, Ciara musiała przyznać, że Shane był stanowczo zbyt pewny siebie. Ale czy nie miał powodu? Z łatwością potrafił pokonać swoich rówieśników, a często również starszych od siebie. Był jednym z najlepszych w walce, zarówno z bronią, jak i bez niej. Cóż więc dziwnego w tym, że doceniał samego siebie?
    Od tamtego spotkania w sklepie myślała o nim coraz częściej. Zerkała czasem w jego stronę, gdy spotykali się przypadkiem. Shane często docinał Siobhan i najczęściej się kłócili, ale do Ciary zawsze odnosił się przyjaźnie. Czasem dołączał do nich i chodzili we trójkę. Przyjaciółka Ciary nie mogła nie dostrzec spojrzeń, jakie sobie posyłali. W końcu zapytała jej wprost: Ciaro, czy Shane ci się podoba?
    Oczywiście, że mi się podoba. Jest dowcipny, pewny siebie, rozgadany, szczery, no i przystojny... Tylko mu tego nie powtarzaj!

    Do tej pory Ciara pamiętała nagły wybuch śmiechu przyjaciółki, która po chwili zaczęła wymieniać masę wad Shane'a. Na koniec jednak stwierdziła, że i tak jest bardzo dobrą partią.
    Tylko mu tego nie powtarzaj!, zakończyła swój wywód przyjaciółka.
    - Ciaro?
    Otrząsnęła się ze wspomnień i obejrzała na Iana. Patrzył na nią z niepokojem.
    - Wszystko w porządku?
    - Tak. - Zastanawiała się, co teraz robi Shane. Czy myśli o niej? Tęskni? Ona tęskniła. Bardzo. Tak bardzo, że miała ochotę znowu się rozpłakać. Wiele by dała, by móc ponownie wtulić się w jego ramiona. Tęskniła też za Siobhan. Chciałaby z nią choć przez chwilę porozmawiać, pośmiać się, powygłupiać. A co z jej rodzicami? Przecież nie pogodzili się tak po prostu z jej zniknięciem.
    Co oni teraz robią? Co robi Shane? Na pewno nie siedzi i czeka bezczynnie, to nie w jego stylu. Nigdy nie lubił czekać. Wiedziała, że zrobi wszystko, co tylko możliwe, żeby jej pomóc, a może nawet i więcej...
    Przypomniała sobie ich ostatnią rozmowę. I jedno wspomnienie przebiło się przez wszystkie inne. Mokra chusteczka wypadła z jej dłoni, lądując na podłodze.
    - Tego dnia, w ogrodzie, powiedział, że zawsze mnie znajdzie – powiedziała cicho. - Zawsze i wszędzie. - Uśmiechnęła się. Jak mogła wcześniej o tym nie pomyśleć? Nagła nadzieja zakwitła w jej serduszku. Spojrzała na bruneta z entuzjazmem w oczach. - Ian, myślę, że on wcale nie czeka na mnie w Ciunas. On mnie szuka.

    - Jesteś pewna, że tutaj znajdziemy pomoc? - zapytał Shane, zerkając na duży błyszczący napis Strong Drink Club.
    - No pewnie. Ten gość za szmal sprzedałby własną matkę. Za pieniądze – poprawiła się, widząc zdezorientowaną minę Irlandczyka. Zupełnie nie pojmowała, jak można nie znać potocznego języka. To pewnie przez te dialekty, w końcu nie jest stąd.
    Motocykl ukryli na tyłach klubu. Broń musieli zostawić przy pojazdach, inaczej nie zostaliby wpuszczeni do środka, ale Melissa schowała dwa sztylety w wysokich kozaczkach. Shane stwierdził, że to dobry pomysł i zaczął się zastanawiać, czemu mężczyźni nie noszą takich butów.
    - Daj, schowam jeden i dla ciebie – zaproponowała dziewczyna, zerkając na swoje odbicie w witrynie sklepu. Przygładziła czarne sterczące kosmyki i skrzywiła się, gdy to nic nie pomogło. Wzięła od Irlandczyka sztylet, ukryła dokładnie i ruszyli w stronę klubu.
    Shane przez chwilę przyglądał się dziewczynie. Była pewna siebie, zdecydowana i nie wyglądała na kogoś, komu chciałoby się wejść w drogę. Mężczyzna zrozumiał, że szef gangu musiał być naprawdę groźny i wpływowy, skoro ktoś taki jak Melissa się go bał i przez dwa lata nie był w stanie od niego uciec.
    Ponieważ w dzień klub był zamknięty, musieli wejść tyłu, gdzie po pobieżnym przeszukaniu ochroniarz zgodził się ich wpuścić.
    Pierwsze, co rzuciło się w oczy Shane'owi, to ciemny wystrój klubu, na tle którego wyróżniały się purpurowe kotary oraz takiego samego koloru kanapy i dywany. Ochroniarz poprowadził ich do jednej z nich i kazał poczekać na właściciela. Brunetka spojrzała na towarzysza.
    - Ja będę mówić, dobrze? Najlepiej tylko przytakuj, chyba że cię o coś zapyta. Nie ufa obcym. - Zajęła miejsce na kanapie.
    - W porządku. - Shane usiadł obok niej. - Jak dobrze go znasz? Wspominałaś, że mieszkałaś w San Diego...
    - Tak, ale pochodzę z Los Angeles. Zanim poznałam tego drania Delgado, bywałam w takich miejscach.
    Irlandczyk skinął głową i rozejrzał się po sali. Miała kilka wyjść, być może do innych sal.
    - Dużo przestrzeni. Pewnie urządza się tu przyjęcia na większą liczbę osób?
    - To klub nocny, jasne, że bawi się tutaj mnóstwo osób. - Wzruszyła ramionami. - W Irlandii nie ma takich klubów?
    - W moim miasteczku nie – przyznał mężczyzna.
    - Musisz mieszkać na jakiejś zabitej deskami prowincji. Niczego tam nie macie.
    - Mamy wystarczająco, więcej nam nie trzeba – mruknął Shane. Melissa wzruszyła ramionami.
    - A jednak twoja dziewczyna i przyjaciółka ruszyły w długą, aż do LA.
    - Wbrew swojej woli.
    - Dobra, dobra, niech ci będzie. - Rozejrzała się z niepokojem po pustym klubie. - Coś długo każe nam na siebie czekać.
    - To może ja pójdę i się trochę rozejrzę? - Wskazał na drzwi z napisem toaleta.
    - Jasne, idź. Ja wszystko załatwię.
    - A potem zapytam go o Ciarę i Siobhan – postanowił Shane. - Pokażę mu zdjęcia.
    Dziewczyna skinęła głową.
    - Łatwiej by było puścić je w obieg, gdybyś miał te fotki na komórce, ale luz, pogadamy z nim o tym. Tylko uważaj tam na siebie. - Zerknęła na Irlandczyka. - Jeśli będziesz podejrzanie wyglądał, nie wiadomo, co mogą zrobić.
    - Dam sobie radę. - Shane posłał jej uśmiech, wstał i ruszył w stronę toalety.
    Wychodząc, o mało nie zderzył się z wysokim, ogolonym na łyso, potężnej postury mężczyzną z lekko podrapaną twarzą, który warknął na niego groźnie.
    - Z drogi!
    - Spokojnie – mruknął Shane, odsuwając się i pozwalając mu przejść. Jaspis na jego szyi mignął ostrzegawczo. Irlandczyk rzucił nieznajomemu zdziwione spojrzenie i wyszedł. Czyżby jeden z gangsterów? Nie miał na sobie skórzanego stroju, ale kto wie... Zerknął na talizman, ale tym razem nie dostrzegł niepokojących błysków.
    Wyszedł i spojrzał na Melissę; tłumaczyła coś niewysokiemu mężczyźnie o bujnych blond lokach, który wyglądał na zaabsorbowanego jej monologiem i bez przerwy kiwał głową. Shane ruszył powoli w ich stronę, dyskretnie rozglądając się po ponurym klubie. Całe ściany wytapetowane zostały reklamami mocnych trunków, najwyraźniej odnosząc się do nazwy dyskoteki. Na środku wisiał ogromny kryształowy żyrandol, mieniąc się w kolorach tęczy. Poza tą salą, w której znajdował się Shane, były chyba jeszcze dwie inne, ale by do nich zajrzeć, musiałby minąć ochroniarza, a miał nie wzbudzać podejrzeń. Tym bardziej, że ochroniarz nie spuszczał z niego wzroku, zupełnie jakby czekał, by Shane zrobił coś głupiego i dzięki temu mógł go zastrzelić. Irlandczyk był już tylko kilka stolików od Melissy, kiedy jaspis ponownie zaiskrzył na jego szyi.
    Rozejrzał się ukradkiem. Brunetka nadal rozmawiała ze znajomym, ale coś było nie tak. Gdy zorientował się, o co chodzi, odruchowo sięgnął do pasa po sztylet, ale oczywiście go tam nie znalazł.
    Do klubu weszło trzech mężczyzn z bronią. Za nimi wpadli dwaj ochroniarze, ale w tym samym momencie jeden z gangsterów wyciągnął pistolet i skierował w pierwszego z nich. Tamten cofnął się, unosząc dłonie w geście poddania.
    Shane ruszył pospiesznie w stronę swojej towarzyszki.
    - Zdrajca – warknęła Melissa do znajomego, który na jej słowa sięgnął po broń. Zanim zdążył wystrzelić, dziewczyna wyciągnęła nóż i cięła przeciwnika w ramię, wytrącając mu broń. W następnej sekundzie brunetka trzymała już jego pistolet, a sztylet z drugiego kozaczka rzuciła w stronę Shane'a, z krótkim: Łap, bohaterze! Na szczęście refleks go nie zawiódł i sprawnie pochwycił broń.
    W samą porę, bo gangsterów było więcej. I wszyscy uzbrojeni po zęby. Niektórzy trzymali w rękach po dwa pistolety. Shane już zdążył się zorientować, jak wielkie szkody mogą wyrządzić te tak niepozornie wyglądające przedmioty.
    Nie czekając zatem, aż któryś z nich zacznie strzelać, Irlandczyk rzucił się w stronę najbliższego z nich, wykorzystując element zaskoczenia. Błyskawicznym ruchem przesunął ostrzem sztyletu po nadgarstku przeciwnika, który w efekcie upuścił broń. Na szczęście dla Shane'a, drugi pistolet miał przy pasie. Zanim gangster zdążył po niego sięgnąć, otrzymał silny cios w twarz i upadł na podłogę.
    Shane odwrócił się i stanął naprzeciwko dwóch skierowanych w swoją stronę pistoletów. Jaspis świecił intensywnie, ale jasnowłosy mężczyzna doskonale wiedział, że magiczny kamień nie uchroni go przed śmiercią. Sztylet niewiele mógł mu pomóc przeciwko broni palnej. Zrobił zatem jedyne, co mu przyszło do głowy: rzucił się za najbliższą kanapę.
    Towarzyszył mu grad kul, ale żadna go nie dosięgła. Oparł się plecami o mebel, ściskając w dłoni sztylet. Jeden z gangsterów po prostu do niego podszedł, przekonany, że skoro Shane nie ma pistoletu, nie będzie z nim problemu. Kiedy pokazał się po lewej stronie kanapy, Irlandczyk rzucił się ku niemu i wbił mu sztylet w nadgarstek, na co mężczyzna syknął z bólu i natychmiast upuścił broń. Shane złapał ją jeszcze w locie, strzelił gangsterowi w ramię, a gdy przeciwnik upadł, wyciągnął swój sztylet z jego ręki. Nim zdążył zareagować na podejrzany hałas za plecami, usłyszał za sobą strzał.
    Obejrzał się. Tuż koło niego stał mężczyzna z wycelowaną bronią. Nie, nie stał, chwiał się na nogach. Kiedy się przewrócił, Irlandczyk dojrzał na jego plecach wielką krwawą plamę. Shane podniósł wzrok i dostrzegł Melissę, ukrywającą się za jednym ze stolików. Skinęła mu głową. Na skrzydła Morrigan, było blisko, pomyślał i wyjrzał ostrożnie zza kanapy.
    Gangsterzy również się ukryli. Jeden z nich właśnie strzelał do Melissy, drugi celował w Shane'a. Dziewczyna pokazała Irlandczykowi, by na jej znak pobiegł w stronę lady. Wyglądało na to, że stolik, którym się zasłaniała, długo nie wytrzyma.
    Kiedy Shane skinął głową, odczekała chwilę, po czym skinęła dłonią, wyjrzała zza stolika i zaczęła strzelać z dwóch pistoletów naraz. Shane ruszył najszybciej jak mógł, a gdy zatrzymał się przy ladzie, odwrócił się, wycelował i trafił w prawe ramię jednego z gangsterów. Poczuł, jak Melissa ciągnie go w dół.
    - Chowaj się od razu, jak strzelisz – pouczyła go.
    Shane skinął głową i zerknął na jaspis, który jarzył się intensywnym blaskiem, gdy jego właściciel wraz z towarzyszką kryli się za ladą. Ukrył go pod koszulą. Nie potrzebował jego blasku, by wiedzieć, że znajduje się w niebezpieczeństwie. Nad ich głowami przeleciały kule, tłukąc alkohol stojący na półce. Mężczyzna pomyślał, że znaleźli się w dość nieciekawej sytuacji. Jako broń mieli obecnie jeden nóż i trzy pistolety, z ograniczoną liczbą naboi, a ich przeciwnicy uzbrojeni byli po zęby.
    Ale nie ma sytuacji bez wyjścia, pomyślał Shane, ściskając w ręku sztylet i uchylając się przed kawałkami szkła, które wylądowały kilka milimetrów od jego głowy. Jedna z półek oderwała się do połowy i zawisła niebezpiecznie tuż nad nimi.
    Dźwięk tłuczonego szkła i świst latających kul przez chwilę wypełniał cały klub. Dwóch gangsterów, ukrytych za przewróconym stolikiem, strzelało do Melissy i Shane'a. Cała reszta została już wyeliminowana – byli ranni lub martwi.
    - Oddajcie forsę, a damy wam spokój! - zawołał jeden z drabów.
    - Trele morele. Uważajcie, bo wam uwierzymy – mruknęła Melissa. - To co teraz, bohaterze? - Zerknęła na Shane'a, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że skończyły jej się pomysły.
    Myśl, Shane. Myśl. Zerknął w lewo. Ściana. Spojrzał w prawo. Drzwi, ale za daleko. Nie zdążą tam dobiec w całości. Zerknął w górę. Sufit. I ogromny kryształowy żyrandol. Jeśli dobrze się orientował – tuż nad głową bandziorów. Jeśli uda mu się wyeliminować choć jednego z nich, zostanie jeden na ich dwoje.
    - Mam pomysł. Tylko muszę mieć okazję do celnego strzału. - Osłonił się ramieniem, gdy kolejna butelka pękła nad jego głową.
    - Odwrócę ich uwagę – szepnęła Melissa. - Co zamierzasz?
    - Coś, czego się nie spodziewają. Jak chcesz odwrócić ich uwagę? Nie możesz ryzykować...
    - Lepiej, żeby to był dobry pomysł – przerwała mu i po kolejnym strzale podniosła się, i strzelając jedną ręką, drugą chwyciła za naderwaną półkę. Pociągnęła i schowała się z powrotem. - Na mój znak. - Odczekała kolejną salwę i wychyliła półkę, jakby miała zamiar pobiec w stronę drzwi, ukrywając się za nią.
    - Dobrze. - Przymknął na chwilę oczy. Wiedział, gdzie strzelić. Musiał tylko trafić. Odległość była spora, a cel niewielki. Trafię. Muszę.
    - Teraz!
    Wyprostował się, wycelował uważnie i strzelił. Nie czekając na efekty, skrył się przed kolejnym gradem kul. Przeraźliwy trzask upadającego żyrandola i głośny jęk przygniecionego mężczyzny przekonały go, że trafił. Spojrzał na Melissę, która na szczęście nie wydawała się ranna. Wyjrzał ostrożnie.
    - Biegiem – szepnął, złapał ją za rękę i ruszyli w stronę najbliższych drzwi. W szaleńczym pędzie minęli kilka pomieszczeń i w końcu znaleźli się na zewnątrz. Motocykl stał na swoim miejscu. Melissa odetchnęła z ulgą.
    - Już się bałam, że forsa przepadnie...
    - I mój plecak – dodał Shane, myśląc o podarunku Triony.
    - Ruchy, bohaterze. O ile dobrze widziałam, tam został jeszcze jeden, może nas gonić. - Wskoczyli na motocykl i ruszyli przed siebie. Nie odjechali daleko. Przy wyjściu z uliczki, w której zaparkowali, stali gangsterzy, a sam szef na ich czele. - O szlag. Sam Delgado się pofatygował. Co za zaszczyt.
    - A żeby go Barghest porwał – mruknął Shane, na co Melissa zerknęła na niego zdziwiona.
    - Kto to taki?
    - Jak to kto? Widmowy pies!
    - Aha. No dobra. Wątpię, żeby ten Barek nam pomógł, więc póki co musimy stąd zmykać. - Zawrócili błyskawicznie i ruszyli z piskiem opon. - I módl się, żeby ulica nie była ślepa!
    - Poważnie? No dobra – stwierdził Shane, słysząc warkot motocykli i strzały tuż za nimi. - Jeśli to ma pomóc... Łaskawa Brighid, dodaj wzroku tej uliczce... Nie, co ja plotę, spraw, żebyśmy im uciekli!
    Zdaje się, że łaskawa Brighid wysłuchała próśb Irlandczyka, gdyż po chwili wyjechali na główną drogę, przemykając tuż przed trąbiącą na nich ciężarówką. Przyśpieszyli i pędzili teraz na wprost. Niestety, szczęście najwyraźniej przestało im sprzyjać, bo przed nimi pojawiło się kilku motocyklistów w skórach. Melissa przeklęła cicho i zacisnęła dłonie na kierownicy. Jechała wprost na wrogów.
    - Jak powiem, przechylisz się w prawo. Już! - Ostro skręciła w lewo tuż przed gangsterami, po czym ruszyła między bloki.
    Shane trzymał ją w pasie i oglądał się co chwilę. Widząc, że nikt już ich nie ściga, roześmiał się z ulgą.
    - Chyba ich zgubiliśmy!
    - No to luz – odetchnęła Melissa. Zbyt wcześnie, bo na drodze przed sobą ujrzeli dwóch mężczyzn w skórach. - No nie, co oni, rozmnażają się na zawołanie?! Cały gang nam sprowadził na głowę? Chyba powinnam czuć się doceniona, w końcu. - Ledwie zdążyła wyhamować, gdy przeciwnicy rzucili się na nich. Shane zderzył się z jednym z nich, Melissa zaczęła strzelać do drugiego. Irlandczyk nie zdążył wyjąć swojej broni, więc rozpoczął walkę od wytrącenia jej z ręki gangstera. Następnie uderzył go w nos i uchylił się przed ciosem. Przeciwnik wykonał nagły obrót i niespodziewanie kopnął go w brzuch.
    Shane poczuł złość. Zaskoczył go. I myślał, że go pokona. Tylko dlatego, że jest lepiej uzbrojony, wyższy i dużo większej postury. Ale przecież Shane był synem czarownicy z potężnego rodu O'Connellów. I miał zadanie do wykonania. Ciara i Siobhan na niego czekały. Nie mógł pozwolić, by jakiś byle gangster go pokonał.
    Wyprostował się, ignorując ból i wyprowadził silne uderzenie w szczękę przeciwnika, następnie podciął mu nogi. Gangster przewrócił się, uderzając głową o kamień i stracił przytomność. Shane odwrócił się i zobaczył, jak Melissa przewraca się na ziemię, a drugi z napastników celuje w nią bronią.
    - Już po tobie, mała złodziejko – syknął.
    Shane doskonale wiedział, co znaczy naciśnięcie spustu w pistolecie. Śmierć. Nie zastanawiał się długo. Musiał go powstrzymać. Wyciągnął pistolet i - w odruchu bohaterstwa być może - w następnej chwili znalazł się na linii strzału i dopiero wtedy pociągnął za spust.
    Rozległy się dwa wystrzały i na piersi przeciwnika ukazała się krwawa plama. Zachwiał się i upadł. Irlandczyk patrzył, jak jego ciało nieruchomieje. Zamrugał, jakby dopiero teraz pojmując konsekwencje podjętej decyzji. Zabiłem go. Zabiłem człowieka. Odwrócił się powoli, starając się o tym nie myśleć. Nie teraz. Powinien się upewnić, że z jego towarzyszką niedoli wszystko w porządku. Duże oczy Melissy wskazywały, że jest inaczej.
    - Shane... - szepnęła dziewczyna, blednąc.
    - Jesteś ranna? - zaniepokoił się mężczyzna, podchodząc do niej powoli.
    - Ja nie, ty... krwawisz...
    W tym samym momencie Shane poczuł ogromny ból. Dotknął obolałego miejsca i na dłoni ujrzał krew. Swoją krew.